20 grudnia 2005

Nie, nie wstałam tak wcześnie...

I tak wiedziałam, że tak będzie...
Dobranoc.

19 grudnia 2005

Snuja by night 12 - O trąbach i wojnie - czyli o istnej apokalipsie...

Początek był jakoś na zupełnie inny temat - byłam u Andrzeja, potem poszliśmy gdzieś na spacer i ostatecznie znalezlismy się na skraju lasu za Rubinkowem, za szpitalem dziecięcym.
I wtedy się zaczęło. Zrobiło się ciemno i rozpętała się straszliwa burza, ale tak na prawdę to nie była burza, tylko ogromne ilości ogromnych trąb powietrznych. Byłam już sama. Trąby przewracały wieżowce, które upadały, jakby były z drewnianych klocków - segmantami, wszystkie w tę samą stronę, podczas gdy parter zostawał w zasadzie nienaruszony. Zbliżała się kolejna trąba, więc jak najszybciej biegłam do wieżowca, ustawionego na końcu rzędu, tak że byłam pewna, że nic na niego nie spadnie. Zaczęłam wciskać wszystkie przyciski domofonu, w końcu ktoś mnie wpuścił. Wtedy nadeszła trąba i wszystko poszło zgodnie z moimi przypuszczeniami - segmenty najbliższego wieżowca nie dosięgneły mojego. Wtedy uświadomiłam sobie, że przecież blok mojej babci stoi tuż pod wieżowcem i zostanie kompletnie zmiażdżony. Pobiegłam pędem do babci dzwoniąc przy okazji do mamy. No i mama biegła razem ze mną. Wyciągnełyśmy bacię i zabrałyśmy do jakiegoś bloku i sytuacja się powtórzyła. Burza trąbowa przycichła. Tylko gdzieś daleko widać było ciemne chmury i gdzie niegdzie krążyły małe przejrzyste trąbki, raczej nawet zawirowania kurzu niż trąbki. I już miałyśmy wychodzić kiedy z tych zawirowań zrobiła się bardzo cienka, ale bardzomocno zasysająca trąba - przy jej końcówce ziemia unosiła się jak wciągany przez odkurzacz dywan. Okazało się, że to wyjątkowo niebezpieczny typ trąby, który kroi wszystko, na co trafia na drodze. No i rozcięła nasz wieżowiec, jak nóż. Nam nic się nie stało, ale widziałam na rozkrojone na pół całe pokoje, szafy, zwłoki leżące to tu to tam. No i burza się skończyła.
Znowu byłam sama. Chciałam dotrzeć do domu, bo nie było zbyt bezpiecznie. Na całym Rubinkowie rozstawione były wojska - nasze i niemieckie, gotowe na sygnał do rozpoczęcia walk. Chciałam zdążyć zanim się zacznie. Ale jak wiadomo, z Rubinkowa do mojego domu jest baaardzo daleko. Eh, znudziło mi się to pisanie, a z resztą naprawdę muszę dokończyć pracę... ogólnie potem była wojna, dostałam się do niewoli, ale uciekłam, mordowałam niemców rzucając nożem (w realu nigdy mi rzucanie nie wychodzi) i podrzynałam im gardła, udawałam niemieckiego żołnierza, przygotowywałam zamach na szefa jednostki itp...

18 grudnia 2005

Snuja nocą

Dziś było mi z Wami naprawde fajnie.
Ago, MuzoMa, uwielbiam Cię kiedyś pijana.
Ago-Ofco-Najdroższa-Zamężna, całujesz bosko.
Żłuwiu, jesteś Głupią Dupą, że Cię nie było, ale i tak Cię kocham. Przemku-Który-Masz-Lwy-Na-Podwórku-I-Którego-Prawdę-
-Powiedziawszy-Nie-Znam pozdrawiam, chociaż nie pochwalam faktu, że wzgardziłeś imprezą, na której JA byłam (i nie tylko!).
Andrzeju, pozdrawiam Cię, bo Cię po prostu kocham!!!!!!!!!!!
To byłam ja - czyli Snuja.

Snuja by night 11 - O tym, co trzyma w ogrodzie pewien Przemek...

Cytuję tu mojego maila do MuzyMej, którego początkowo nie zamierzałam publikować. A cytuję po to, żeby było wiadomo, dlaczego pozdrawiam w następnym poscie Przemka. To by było na tyle.

a wiesz, dziś mi się znowu śnilaś - miałaś nocować u mojej babci, która jakoś, nie wiedzieć czemu, mieszkała tuż obok Ciebie, ale się rozmysliłaś, a ponieważ zostawiłaś dużo rzeczy, między innymi pościel, powiedziałam Ci przez telefon, żebys przyszła odebrać, ale Ci się nie chciało i stwierdziłaś, że jak Twoja ciotka będzie do Was jechać to może zabrać od Przemka Welca, który mieszkał w połowie drogi i razem ze mną wrzucałaś wszystkie rzeczy do niego przez płot na jakieś takie wiejskie podwórze, po którym biegały dwie lwice na łańcuchu i luzem zupełnie wściekły lew.
dawno już nie napisałam tak długiego zdania :P

14 grudnia 2005

Snuja by night 10 - O Tommym Lee...

Hm... Całego snu już dokładnie nie pamietam...

Miałam męża. Przystojnego, wysokiego bruneta. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że wygląda jak mąż Pameli Anderson. Więc mówiłam do niego Tommy.
Tommy był kompletnym psychopatą i kiedy nikt nie widział z pomiędzy książek na regale w salonie wyciągał błyszczący tasak i próbował mnie zamordować...

PS. Własnie znalazłam parę zdjęc Tommy'ego Lee w internecie. Okazalo sie, że jest obrzydliwy. Ten mój był dużo fajniejszy.

11 grudnia 2005

Snuja by night 9 - O mojej sportowej naturze...





Brałam udział w rajdzie Paryż-Dakar. Jechałam na motocyklu. Jednocześnie widziałam mapkę trasy i tak na prawdę, to nie był Paryż-Dakar tylko (poczekajcie, sprawdzę w atlasie, co tam jest) Fez (Maroko) - Ałma-Ata (Kazachstan, przy granicy z Kirgistanem). Hm... na tamtej mapce nie było Morza Kaspijskiego. Nie ważne. Po przejechaniu etapu pustynnego, trzeba było jeszcze przejść jakiś taki etap pośredni, przed wjazdem z Egiptu do Syrii (ta... nowa mapa Afryki północno-zachodniej i kawałka Azji poniżej). Etap pośredni polegał na jeżdzeniu w kółko w jakimś malutkim saloniku z automatami do gier. Ogólnie w klasyfikacji byłam druga (tuż przede mna jeździł jakiś facet - miał mniej okrążeń do zrobienia), ale doganiał mnie ktoś i w zasadzie wyprzedził, bo wyjątkowo wolno mi wydawano kartę uprawniającą do dalszej jazdy. W końcu wyjechałam za budynek salonu gier i okazało się, że to tam jest granica z Syrią. Przy okazji były jakieś bombardowania, gdzieś na wschodzie (bliskim :P), więc czasami wszystko przymierało i czekaliśmy, aż samoloty odlecą (amerykańskie!). Na granicy zostałam zatrzymana za brak rejestracji na rowerze (tak, to już był rower). Zaczęłam się tłumaczyć, że w Polsce nie trzeba mieć żadnej rejestracji. Okrzyczano mnie, że to nie Polska i mnie nie puszczą. W końcu przyszedł mój trener, zaczął tłumaczyć, że to rajd, że muszę i jakoś to załatwił. Wyjechaliśmy na szosę. Jechałam w peletonie. Cały ten peleton formował wieeelką ucieczkę - wszyscy jechali jeden za drugim i co chwila ktoś z końca jechał na początek. Komentator sportowy tłumaczył, że nasza polska reprezentantka jest mało doświadczona w ucieczkach i nie idzie jej zbyt dobrze. A dupa! Właśnie wysunęłam się na czoło! Naglę wszyscy zeskoczyliśmy z rowerów i pobiegliśmy gdzieś w pole. Bo to był biatlon. Dobiegliśmy do stanowisk strzeleckich. Ucieszyłam się, bo strzelać potrafię, ale okazało się, że nie mam okularów i nawet celownika nie widzę dokładnie. Z resztą pierwszy naboj mi się zmarnował, kiedy tylko złapałam karabin, bo nie był zabezpieczony... a potem ktoś mi zasłonił tarczę...
Końca rajdu nie pamiętam. Może go nawet nie ukończyłam, a może jeszcze nie w tym śnie... Ostatnia scena jaką pamiętam, to wieczór, kiedy z innymi uczestnikami rajdu graliśmy w pokera. Gdzieś pod granicą cośtam-chińską, niedaleko chińskiego muru.


Poniżej nowa mapa wg rajdu Fez - Ałma-Ata (po kliknięciu otworzy się powiększenie):


9 grudnia 2005

Snuja by night 8 - O tym jak nie doceniam...

Bzykałam się z Igorem, byłym (zdaje się) chłopakiem Berengere. Byliśmy razem. Zaczęło mi się śnić właśnie wśrodku tego bzykania, a że był to Igor, zamiast skupiać się na przyjemnościach, zaczęłam się zastanawiać jakim, kurwa, cudem ja z nim jestem?! Cały był w tatuażach i wygladał jak kryminalista. Z reszta w realu prawde mówiąc i tak wyglądał jak kryminalista.... Ja też miałam tatuaż - wokoł szyji (zrobiony kieyś tam dla niego). Zastanawiałam się, po co go zrobiłam w tak widocznym miejscu i myślałam sobie, że wywabienie go będzie kosztowało fortunę, zostanie mi blizna, ale jak tego nie zrobię, będę wyglądać debilnie jako pomarszczona babcia z tatuażem ze smokami i jaszczurkami wokół szyji.
Wacka miał w jakimś takim dziwnym, świdrowatym kształcie. Trochę się go bałam. Kiedy skończyliśmy, postanowiłam mu tak delikatnie powiedzieć, że z tego to chyba raczej nic nie będzie. Na co Igor wypalił mi: "A mówili mi wszyscy, że mnie nie docenisz!"

7 grudnia 2005

Snuja by night 7 - O tym, co to znaczy mieć mieszane uczucia...

Tak, wiem, nie było Snuji 6, a tu już 7. Snuja 6 jest juz zaczęta w draftsach i czeka na dokonczenie...
A jeśli chodzi o mieszane uczucia, to obrazek mówi sam za siebie... tak mi się dziś śnił Andrzej...



28 listopada 2005

Snuja by night 5 - O poparzeniach trzeciego stopnia dwóch i pół palca


Trzymałam w lewej dłoni świeczkę do podgrzewaczy. Świeczka zaczęła iskrzyć i zapaliła się. Tłumaczyłam mamie, że to się ostatnio często zdarza - taki samozapłon świeczek. W pewnym momencie przechyliłam ją za mocno i stearyna wylała mi się na wskazujący i środkowy palec. Palce zaczęły mi się palić. Najpierw starałam się zdmuchnąć ogień, płomień zrobił się tylko większy. Próbowałam zdusić ogień drugą ręką. Stearyna oklejała mi palce i robiła z nich świeczki, zaczął mi się palić palec serdeczny. Bolało. Krzyczałam do mamy, żeby mi pomogła, ale najwyraźniej jej się nie chciało... Zauważyłam kubek z herbatą i szybko wsadziłam nam rękę. Uff... pożar opanowany.
Dwa palce miałam spuchnięte i zupełnie czarne, serdeczny był nadpalony na czubku. Przez resztę snu naprawdę czułam jak mnie piecze!

25 listopada 2005

Na jeszcze specjalniejsze życzenie

Krwiożercza szmaciana laleczka z urwaną głową

Na specjalne życzenie

Krwiożercza szmaciana laleczka zastrzelona

24 listopada 2005

Dorzucam jeszcze krwiożerczą laleczkę.


Krwiożercza szmaciana laleczka we własnej osobie :)

Snuja by night 4 - cz. 2 Kolejny błąd i ostateczny sukces :)


















Oddzielam tego by nighta od poprzedniego, bo w zasadzie jest osobnym snem i nie jestem zupełnie pewna, czy nastąpił zaraz po tamtym. To będzie długa opowieść :P.
Prawdopodobnie zaraz po tym wyjściu na spacer znalazłam się w lesie. Głos Krystyny Czubówny tłumaczył mi, że jestem w amazońskiej dżungli. Wyglądała jak typowy, podtoruński las sosnowy. "Porosty pokrywające korę tutejszych drzew stanowią dla miejscowej ludności doskonałe zabezpieczenie przed groźnymi zwierzętami, takimi jak wilki i hieny..." (człowiek tylko czeka na to jej "bliżej..."). Widziałam miejscową ludność zbierającą korę z drzew i robiącą z niej maski odstraszające hieny. Poszłam leśną drogą. Po drodze spotkałam jakichś dwóch miejscowych zmiatających rózgowymi miotełkami jakieś białe kuleczki z drogi (okazało się, że to też jakiś drzewny środek na dzikie bestie - wystarczyło rzucić im w oczy i zwierzęta nic nie widziały i miały halucynacje przez jakiś czas). Zaczęłam zamiatać razem z nimi. Kiedy już zebraliśmy wszystko poszliśmy dalej, skręciliśmy w jakąś węższą dróżkę, obok której rozciągała się słoneczna, trawiasta polana. Położyliśmy miotły pod drzewem i zaszyliśmy się z wysokiej trawie z zamiarem upolowania jednej z pasących się tam antylop. Napięłam łuk i strzeliłam. Strzała świsnęła tylko obok antylopy, które odbiegła spłoszona, ale ostatecznie zatrzymała się jeszcze bliżej niż poprzednio.
Antylopa była kobietą około czterdziestki, blondynką. Stała jak to cielę - może dlatego nie zauważyłam w niej człowieka, tylko celowałam dalej. Tym razem nie chybiłam - strzała przeszyła jej pierś na wylot. Kobieta padła martwa. W tym momencie nadjechał czarny, brudny jeep załadowany po brzegi jej blond rodziną. Zaczeli na mnie krzyczeć zrozpaczeni - czemu zastrzeliłam matkę TYCH dzieci!? No przecież to nie antylopa! Dopiero wtedy zauważyłam, że kurna faktycznie, to nie antylopa. Całe szczęście, że nie pamiętałam już o Paulinie i babci, bo bym się chyba na własną strzałę nadziała! Byłam w dużo bardziej bojowym nastroju - zaczęłam się awanturować, że co ona tu robiła! Tu się poluje przecież! To dżungla! Rodzina najwyraźniej przyjęła to do wiadomości, bo sobie pojechała.
Skręciliśmy do zaparkowanego obok naszego czerwonego jeepa (kabrioleta!). Dwaj tubylcy, z którymi byłam okazali się być Europejczykami - jeden, wyższy, był kierowcą i właścicielem jeepa, a niższy sir Davidem Attenborough. Zaczęliśmy kopać obok samochodu dół. Ni z tego ni z owego okazało się, że w miejscu, gdzie leżały nasze miotły leży teraz jakaś bestia, która nagle zerwała się i zaczęła nas atakować. To był wściekły, rogaty wilk. Strzelaliśmy do niego z łuku, rzucaliśmy kuleczkami, Kierowca strzelał do niego z karabinu, aż się skończyły naboje. A wilk nic. Wreszcie złapaliśmy go za rogi i wrzuciliśmy do dołu. Tam go dobiliśmy. Zaraz po nim zaatakowała nas krwiożercza szmaciana laleczka. Zastrzeliliśmy ją kilkunastoma strzałami. Na wszelki wypadek, żeby się nie ocknęła, urwaliśmy jej głowę.
Ruszyliśmy z piskiem opon w drogę powrotną. Dojechaliśmy do Białogóry, gdzie trafiliśmy w środek jakiegoś wyścigu. Zaczęliśmy się więc ścigać nieistniejącymi ulicami. Doganialiśmy już lidera - białą terenówkę z numerem 21. Nagle okazało się, że dojechaliśmy już do Grupy i to tam jest meta. Trzeba było tylko dojechać do stacji kolejowej, odmeldować się tam i wrócić, potem tylko ostatnie okrążenie wokół bloków i koniec. Grzaliśmy na stację ile fabryka dała, ale ciągle 21 był przed nami. Na stacji trzeba było oddać jakieś dokumenty i założyć białe koszule. Z zakładaniem koszul był największy problem, bo miały mnóstwo guzików. 21 zamienił się w sportowy samochód i odjechał, a my wciąż nie mogliśmy ruszyć, bo sir David nie mógł się wpakować do samochodu. Wreszcie ruszyliśmy. Byliśmy dopiero w połowie drogi, kiedy 21 wszedł na ostatnie okrążenie. Nagle najechał na jakiś różowy rower. Zatrzymał się i zaczął się awanturować, że to wszystko wina mieszkańców, że specjalnie zostawili rower na środku drogi, żeby mu przeszkodzić, że się zemści itp. W tym czasie ja, Kierowca i sir David skończyliśmy już wyścig i świętowaliśmy ten fakt pijąc szampana na przystanku autobusowym.

Snuja by night 4 - cz. 1 Cokolwiek robię, robię źle....

Pojechałam do mojej babci do Grupy. W jej mieszkaniu odbywał się zjazd naszej klasy. Było dużo ludzi, nie pamiętam, kto konkretnie. Siedziałam sobie w małym pokoju na kanapie. Dosiadła się do mnie Paulina. Zaczęła opowiadać, że ostatnio odnosi sukcesy w TYCH konkursach i że przeszła do następnego etapu w Ameryce. Przytakiwałam i gratulowałam jej, aż wreszcie powiedziała:
- No bo słyszałaś w JAKICH konkursach biorę udział?
Ponieważ nie miałam pojęcia, a bałam się, że zacznie mnie szczegółowo wypytywać, co o tym sądzę powiedziałam, że mniej więcej mi opowiadano, ale nie znam szczegółów. Ni z tego ni z owego Paulina zapytała:
- Masz przy sobie gotówkę czy kartę?
Miałam w portfelu 40 zl i kartę mamy, z której miałam sobie wypłacić pieniądze na powrót, bo na bilet potrzebowałam 47 zl. Zdziwiona pytaniem odpowiedziałam, że w zasadzie to mam i gotówkę i kartę, ale nie moją.
- To pożycz stówe!
- Słucham?
- Daj stówę.
- Nie.
- No daj stówę!
- Chyba ci odpierdoliło!? Nie mogę ot tak sobie pożyczać cudzych pieniędzy!
Byłam naprawde zła. Ja tu z wyrzutami sumienia pożyczam pieniadze od mojej mamy na bilet, a ona ot tak żąda 100 złotych.
Paulina wpadła w histerię, zaczęła krzyczeć i płakać, jak to ją źle potraktowałam, jaka jestem zła i chamska. Rozglądałam się niepewnie po ludziach, czułam się ostatnią świnią, NO ALE BEZ PRZESADY! Co ona sobie myśli? Paulina gdzieś uciekła. Wszyscy zachowywali się tak, jakby wydarzyło się coś bardzo wstydliwego, zaczęłam się tłumaczyć, że przecież nie mogę rozporządzac jak chcę kartą mojej matki i z reszta nie oddam Paulinie calych swoich pieniędzy! Wszyscy jakoś tak mimochodem przytakiwali, Agnieszka powiedziała coś w stylu "No tak, tak...". Jakoś to nie poprawiło mi nastroju.

Impreza się skończyła. Razem z moimi ciotkami (które już od paru lat nie mieszkają u babci) odstawiałyśmy na miejsce fotele (których od jakiegoś czasu też już nie ma u babci). Powiedziałam Monice (po cichu), że słyszałam już o tym, że babcia odkładała od jakiegoś czasu pieniądze na nowe fotele i je kupiła, ale żeby dziadek nie wiedział, wszyscy mu wciskają, że to Monika im je kupiła (faktycznie tak jest). Okazało się, że siedzący w kuchni dziadek, na codzień głuchy jak pień, wszystko usłyszał i zaczął się awatnurować, że jak oni teraz te raty spłacą (nie było mowy o ratach...) i że są ważniejsze wydatki. Monika z Miłką wymieniły między sobą spojrzenia typu "No i masz!" i przestały się do mnie odzywać. Byłam kompletnie dobita. Najpierw sprawa z Pauliną, a teraz jeszcze narobiłam kłopotów własnej babci... Przepraszałam, mówiłam, że nie spodziewałam się, że głuchy dziadek cokolwiek dosłyszy z drugiego końca domu, Monika tylko machnęła ręką, żebym dała już spokój, bo niczego i tak już się nie odkręci. Chciałam jak najszybciej stamtąd iść. Poszłam na spacer.

22 listopada 2005

Bułhakow, chociaż niezupełnie rozumiał cele i mechanizm rewolucji, czuł odrazę do przeszłości...

Tekst z obwoluty Białej Gwardii wydanej w 1974 r.:
[...] Główny jednak problem, najgłębiej drażniący świadomość pisarza, to problem rewolucji, nieuniknionej klęski białogwardzistów, kontrrewolucji. Głęboko kochający Rosję i naród rosyjski Bułhakow, chociaż niezupełnie rozumiał cele i mechanizm rewolucji, czuł odrazę do przeszłości, do tego, co było w niej nieludzkie i godne pogardy. Równocześnie jednak starał się zrozumieć psychologię przeciwników rewolucji, motywów, które nimi kierowały. Był jednym z pierwszych pisarzy radzieckich, ukazujących nie jednostronnie, lecz w sposób psychologicznie pogłębiony tych "białych", którzy obiektywnie uczciwi i kochający swój kraj, zagubieni i bezradni w wirze przemian, czepiający się kurczowo dawnych pojęć i tradycji, nie umieją znaleźć wyjścia z sytuacji, w której się znaleźli.
Najgłębiej i najbardziej wszechstronnie przedstawia ten problem
Biała Gwardia, opowieść o tragicznych losach rodziny Turbinów, związanej z kontrrewolucją i skazanej na zagładę, i ukazująca jednocześnie tę część starej inteligencji rosyjskiej, która umiała dokonać wyboru i stanęła po stronie rewolucji.


Dla tych, którzy nie czytali - cytat z czytelnia.onet.pl:
Michaił Bułhakow nigdy nie zobaczył swojej książki wydrukowanej w ZSRR. W 1925 roku dwie części 'Białej Gwardii" ukazały się w czasopiśmie "Rosija", które następnie zostało zamknięte, a jego redaktor naczelny wysłany za granicę i o wydaniu powieści nie mogło być mowy.
Najpewniej dlatego, że Bułhakow pisał o ludziach prawych, szlachetnych, dla których coś znaczyły takie pojęcia, jak honor, przyzwoitość i wierność. To była jego rodzina, jego przyjaciele i na początku lat 20. wiedział już, co czeka i tych, którzy zostali w kraju, i tych, którym udało się uciec za granicę. Na motywach "Białej Gwardii" napisał sztukę "Dni Turbinów". W ZSRR wolno było ją grać tylko w Moskwie i tylko w jednym teatrze. Ukazało się kilkaset recenzji, z czego tylko trzy pozytywne, pozostałe mniej więcej takiej treści: "nic nie mówię przeciwko autorowi sztuki Bułhakowowi, który czym był, tym pozostanie: nowoburżuazyjnym pomiotem, bryzgający zatrutą, ale bezsilną śliną na klasę robotniczą i jej komunistyczne ideały". Jedna z najświetniejszych książek genialnego pisarza ukazała się w ZSRR po raz pierwszy w 1966 roku, 26 lat po Jego śmierci.

21 listopada 2005

Snuja by night 3 - O blond-barmanach w Południowej Ameryce

Jean Cocteau, Le Barman du Boeuf sur le Toit

Klimat jakiś taki chyba pod wpływem Borgesa.
Dawno mnie nic tak nie oburzyło...
Byłam w niewielkim miasteczku w Ameryce Południowej, w czasie jakiegoś festynu. Był sobie w pewnym miejscu bar ogródkowy, w którym sprzedawał długowłosy, uśmiechnięty blond-barman. Zamówiłam piwo. Facet nalał piwo, po czym dopełnił szklankę sokiem malinowym. Na co ja mówię, "zaraz, ale ja nie zamawiałam z sokiem!"
- No jak to?
- No nie!
- Piwo bez soku?!
- Ja nie lubię z sokiem, chcę bez soku!
- Ale bez soku to będzie takie gorzkie, bez smaku...
- No i dobrze, chcę gorzkie i bez smaku.
- Ale nie można pić bez soku!
- Ale nie może mnie pan zmuszać do picia z sokiem!!!
Z łaską wziął drugą szklankę i zaczął nalewać piwo. Rozmawiałam z Andrzejem, nie patrzyłam bezpośrednio na barmana, ale kątem oka wyłapałam, że stara się niepostrzeżenie znów dolać mi soku...
- No czemu mi pan znowu dolewa soku?! Ja nie chcę!
- Ale jak można pić piwo bez soku?!?!?!
Wkurzyłam się ostatecznie i poszłam sobie. Zauważyłam, że Andrzej pije zwykłe czyste piwo. Nie mogłam tego przepuścić - z nowym argumentem w dłoni pobiegłam do barmana.
- Mojemu koledze nalał pan piwo bez soku! Dlaczego mi nie?
Barman z uśmiechem na twarzy spojrzał na mnie wzrokiem Anny J. z mojego roku (czyli niewiele mówiącym i jeszcze mniej rozumiejącym)
- No co pani?! Mężczyźnie dawać piwo z sokiem?...
Ręce mi opadły i przez resztę snu z oburzeniem opowiadałam wszystkim na jakiego debila trafiłam w barze.

18 listopada 2005

Snuja by night 2 - O przewadze kota kundla nad jamnikiem szorstkowłosym



Przez pół nocy dziś biegałam na smyczy za jamnikiem szorstkowłosym o imieniu Artur, który lał wszędzie i biegał gdzie chciał, bo był tak silny, że nie byłam w stanie go zatrzymać. Kiedy udało mi się go wreszcie wywlec na zewnątrz oczywiście przestał. Wolę mojego kota. Leje krótko i konkretnie, i zawsze do kuwety.

Wspomnienie ze staaarej imprezy....

17 listopada 2005

Koniec

Skoro nie jestem już w Paryżu, zamykam tego bloga, a w każdym razie zawieszam do następnego wyjazdu :)
Tymczasem, ze specjalną dedykacją dla Agnieszki-Muzy-Mej, cos od czasu do czasu napisze na http://snujabynight.blogspot.com :)))

Snuja by night 1 - Zapewne dlatego, że nigdy nie leciałam samolotem


2 listopada 2005

Już w domu...

No i wróciłam :)

30 października 2005

Chyba juz ustatni post z Paryza...

Od niedawna jestem sama :)
Bardzo mi z tym dobrze, bo wreszcie moge spac na lozku. W ciszy...
Tylko komputera mi brak, dlatego bedzie krotko: pisze z miejscowego....
W Toruniu bede w srode. Na razie skonczylam robote i od wczoraj robie sobie wolne. Bylam wczoraj w Saint-Denis (poza piekna bazylika, zupelnie jak Fordon), dzis pojechalam zwiedzac Saint-Chapelle, Conciergerie (najpierw palac krolewski a potem wiezienie), galerie bizuterii w Luwrze, chcialam zobaczyc wystawe Christiana Lacroix, ale dzis zamkniete - pojde jutro, potem muzeum Dapper (sztuka afrykanska) i wystawa Salvadora Dali (drogo, jak cholera, ale warto bylo). Chcialam jeszcze isc dzis na koncert, ale nie mam z kim, a sama jakos nie mam ochoty... jeszcze sie zastanowie... Z Berengere umowilam sie na impreze na jutro. Biorac pod uwage doswiadczenia sprzed 1,5 miesiaca, bede ostrozna...
Jutro dalej bede sie rozrywac. Mam nadzieje ze uda mi sie w koncu kupic nowy Pariscope - chce sie wybrac do kina na cos francuskiego, moze na Le marche d'impereurs, nie wiem, jak to brzmi po polsku, chyba Marsz pingwinow cesarskich po prostu. Malo w tym filmie mowia, ale chyba filmy przyrodnicze to ostatnio najlepsze co umieja tu robic.
A, przy okazji przypomnijcie mi, ze mam do opowiedzenia Snuje by night... Agnieszko, Muzo snow moich, to znowu z Toba w roli glownej

26 października 2005

http://expositions.bnf.fr/bestiaire/index.htm

Nie udało mi się znaleźć TEGO słonika więc zamieszczam innego, również uroczego (3 ćw. XIII w.). W parze ze smokiem.



A to słynny lew, z jeszcze słynniejszego wzornika, jeszcze bardziej słynnego Villarda de Honnecourt (1230)



A to ma
łpa (to po prawej)


Tumaczę, bo w tym średniowieczu nigdy nic nie wiadomo... to na przyk
ład są lwy:



Zainteresowanych odsylam na adres powyższy.

Powoli acz nieubłaganie...

Powoli acz nieubłaganie mój pobyt zbliża się ku końcowi. A przynajmniej posty pewno urwą się w piątek, bo nie sądzę, żebym po wyjeździe Oyca miała cierpliwość do francuskiej klawiatury... może, jeśli będę miała duuużo czasu...

Dotarłam w końcu na wystawę średniowiecznych zwierząt w Bibliotece Narodowej. To chyba najlepsza wystawa jaką dotąd tu widziałam. Chociaż uwielbiam Egona Schiele, i podoba mi się Klimt, to jednak ich obrazy, jeśli się trochę pojeździ po świecie zawsze można obejrzeć, a średniowieczne książki rzadko są wystawiane na widok publiczny. Miniatury były naprawdę niesamowite, teksty kaligrafowane tak, że w druku nawet nie wychodzą tak dokładne. A do tego dwie wystawionych tam z miniatur miały formę absolutnie współczesnych komiksów! Dosłownie – obrazki podzielone na prostokątne pola, w których, w ramkach w formie jakichś miękko zawijających się kart, był tekst, a końcówki ramek wydłużały się w stronę postaci, których dotyczyły – wyglądało to zupełnie jak dymki!

Bestie były przeróżne – lwy, ptaki, owady, jednorożce i różne hybrydy. Najsłodsze z tego wszystkiego były słonie – jeśli uda mi się znaleźć w internecie reprodukcję, wstawię jednego z nich – białego z końcówką trąby jak trąbka do grania.

A wczoraj miałam spotkanie z panią Guillot... eh... Oczywiście pani bardzo mądra, specjalistka w swojej dziedzinie, i w ogóle, ale niestety typ człowieka, który sprawi, że poczujesz się jak ostatni idiota... Zjechała mnie za to, że nie przeczytałam jakiegoś JEJ artykułu (już go przeczytałam, sam w sobie ok i nawet co nieco wnosi w mój stan wiedzy o rzeźbie, ale nie przesadzajmy – w bibliografii nic ponad program nie było i w ogóle można było bez tego przeżyć). Za nieprzeczytanie Legnera też mnie zjechała (70 stron po niemiecku, więc chyba każdy zrozumie dlaczego się do niego nie spieszyłam...). Nie zabolało by mnie to tak bardzo, gdyby nie fakt, że po owym zjechaniu mnie syknęła: „No to co pani tu w ogóle robiła przez te trzy tygodnie?!”. Co z tego, że ktoś jest kulturalny, z przemiłym uśmiechem mówi „dzień dobry” i na pożegnanie życzy powodzenia, jeśli nie omieszka w międzyczasie uprzejmie uświadomić ci, że jesteś kretynem?

A tak poza tym, to doszły mnie słuchy, że Lepper został wicemarszałkiem...

23 października 2005

Ochlonąwszy...

Pokażę Wam , co dziś (między innymi) widzialam:

Schiele:


Schiele:


Klimt:


Kokoschka:


ok, przyznaję, że akurat obrazów nr 2 i 4 nie bylo, ale numeru 2 nie moglam sobie odmówić, a nr 4 byl jedynym golym obrazem Kokoschki jaki znalazlam w internecie.

Ja tam na tego kurdupla nie glosowalam...

Jak można glosować na kogoś kto w dzieciństwie w zmowie z bratem ukradl księżyc?

21 października 2005

Pariscope od rana do nocy

Miałam też się spotkać z Berengere wczoraj, ale nie miałam już siły i się wykręciłam. Dziś tradycyjny dzień w bibliotece i kilka wystaw wieczorem (Oyciec kupił Pariscope, więc mamy przewodnik po wystawach na cały następny tydzień). Byłam na wystawie Libery – trzy zdjęcia – pierwsze z kolarzami zdejmującymi barierę graniczną na wzór dawnego zdjęcia z hitlerowcami, drugie z ludźmi na obozie (campingowym) za sznurkami stojącymi w pasiastych piżamach i różnych szmatach na wzór zdjęcia z Oświęcimia, a trzecie z grupą ludzi, wśród których idzie goła dziewczyna – nie pamiętam już czego dotyczył oryginał czy to było dziecko z Wietnamu czy skądś (w każdym razie każdy to zdjęcie pewno zna). Wszystko fajne tylko, że nie sądzę, żeby przeciętny Francuz rozumiał, o co chodzi, przynajmniej z pierwszymi dwoma. Na tej samej wystawie były też zdjęcia kobitki, która robiła fotomontaże z żołnierzami męczącymi więźniów w Iraku – to każdy zna.

Krążyły plotki, że za granicą nie ma drugiej tury wyborów... otóż jest.

A jutro naprawdę wstanę o tej 7 rano i pójdę na pchli targ (kiedy ostatnio tam byliśmy zwlekłam się z łóżka o 9:30, a kiedy nie było Oyca w ogóle nie mogłam wstać, chociaż obiecałam mu kupić maskę). Ale jutro wstanę!

A dziś znalazłam nowe (oczywiście dla mnie tylko) rzeźby Mistrza Retabulum z Rimini. Nawet ładniejsze od tej mojej... A myślę, że moja jest ładniejsza od samego retabulum z Rimini. Właściwie to przecież nie wiecie po co tu właściwie jestem! Nie będę się rozpisywać – wstawię obrazki.

To moja rzeźba (jest w Warszawie)


o, wlaśnie znalazlam w internecie jakąś rzeźbę z Sotheby's, które też podobno jest Mistrza Retabulum z Rimini...

20 października 2005

Les Yeux Les Oreilles (czy jakoś tam...)

A wczoraj byłam w pubie zupełnie takim, jak nasze, toruńskie, tyle że piwnica była nie z cegły, a z kamienia. Byłam tam na całkiem fajnym koncercie Jakiegoś Tam Zespołu grającego tradycyjną francuską muzykę. Brzmiało to dosyć egzotycznie, a ludzie bawili się świetnie. Zdobyłam przy okazji malutką gazetkę o nazwie LYLO. To pisemko wydawane co tydzień i rozdawane za darmo w różnych knajpach ze spisem wszelkich możliwych knajpianych i teatralnych koncertów. Jest tego jakieś 50 dziennie więc jest w czym wybierać.

18 października 2005

Zajączek

Znów nie było pani Bresc – pojechała do Wersalu.

Chodząc codziennie do departamentu i pytając o nią czuję się jak ten zajączek, co to przychodził do sklepu misia i pytał czy jest marchewka.... W końcu mnie tam przybiją gwoździami za uszy do ściany....

Są gwoździe?...

A jest marchewka?...

17 października 2005

Zapomnialabym!!!


Widzialam dziś prrrawdziwy pościg!!!
Gościu na skuterze uciekal przed policją przez rue Biot. Rue Biot jest tak wąska, że gość bez trudu zwial wymijając ciężarówkę, czego nie mogl już zrobić radiowóz więc... na sygnale wjechal na chodnik prawie tratując ludzi. Co bylo dalej nie wiem, bo poszlam swoją drogą.

A jak wrócę...

A jak wrócę, to sobie nawypożyczam Dostojewskiego i Gogola, i może Bulhakowa też. Poczytalabym sobie rosyjskiej literatury, ale kupowanie/pożyczanie jej po francusku to kompletny idiotyzm. Szkoda, że nie umiem po rusku... ale i tak lepszy polski od francuskiego.

Szesnasty dzień w Paryżu...

Hm... i tak jakoś zrobił się już 17.10...

Czas szybko leci, zwłaszcza kiedy się siedzi w bibliotece... Dziś siedziałam naprzeciwko najprzystojniejszego faceta na świecie i w ogóle nie mogłam się skupić na czytaniu. Z resztą nie tylko ja, bo pani roznosząca książki najwyraźniej też się nie mogła skupić, bo dała mu książki przeznaczone dla nie-już-tak-przystojnego sąsiada... :)

Tak nawiasem pisząc, to codziennie widuję tu jakiegoś najprzystojniejszego faceta na świecie. Cóż... takie miasto. :)

Chciałam iść wczoraj do Musee Galliera, ale okazało się, że zamknięte. Do stycznia. Poszalam za to na przeciwko do Palais de Tokyo. A jutro chcę po pracy skoczyć bo Biblioteki Narodowej na wystawę średniowiecznych bestii.

Cóż – jutro wtorek, więc pewno natknę się na panią Bresc i znów będzie ciężki dzień. Dziś zgrabnie odmeldowałam się w departamencie i uciekłam do biblioteki. Mimo wszystko wolę robić swoje niż przekładać papiery i kserować zdjęcia do ich dossiers.

Czeka mnie też przeprawa z panią Gulliot – tą, która jest specjalistką od średniowiecznej rzeźby niderlandzkiej i tak mnie opieprzyła pierwszego dnia... może mnie nie zje... ale to może nie jutro...

15 października 2005

Z plyty sobie poslucham....


Eh... zastanawialam się, czy by nie pojść na koncert Nigela Kennedy'ego (bilety: 25-81 EUR; miejsca, z których w ogóle widać scenę od 39 EUR).
Problem sam się rozwiązal bo biletów już nie ma.

Ostatnie podrygi lata...

Chyba wszyscy dziś czuli, że to już ostatnia tak ciepła sobota w tym roku, bo wylegli jak muchy na słońce. Trudno się było gdziekolwiek przedrzeć. Chciałam sobie porysować w muzeum Rodina, ale w środku nie było miejsca, a na zewnątrz wolnych ławek (wszystkie dróżki, jak to w Paryżu, wysypane tymi białymi kamyczkami i świniącym pyłem, więc nie dało się siedzieć na ziemi). W Luwrze, kiedy rysowałam Michała Anioła, rozdeptała mnie jakaś baba. Wkurzyłam się i pojechałam do Ogrodu Luksemburskiego, a następnie czym prędzej stamtąd uciekłam, bo ludzi przylazlo więcej niż na jakiś jarmark i nie było nawet wolnych krzeseł.

A wczoraj, kiedy siedziałam sobie na trawie pod Ecole du Louvre, przypałętał się jakiś 60-latek. Kiedy zaczął wypytywać mnie gdzie mieszkam, kiedy kończę i czy nie miałabym ochoty wyjść gdzieś wieczorem, odczułam nagłą i absolutnie nieprzepartą chęć natychmiastowego pójścia do biblioteki celem zrobienia bardzo ważnych notatek.

13 października 2005

Francuskie oblicze socjalizmu, cz. 2 – ostatnia....

Skończyłam już z CROUSem, ale nie obyło się bez bólu... Pojechałam tam wczoraj, zgromadziwszy odpowiednie podpisy i rachunki po dofinansowanie mieszkania, żeby się tam zgłosić i czekać tydzień na rozpatrzenie sprawy. Wypełniłam, co miałam wypełnić, ale coś podejrzany mi się wydawał fragment, w którym jeśli ma się dofinansowanie z jakiegoś CAFu należy przedstawić stosowne zaświadczenie o świadczeniach, a jeśli się nie ma należy również przedstawić zaświadczenie - o braku zaświadczenia o świadczeniach. No nic – pojechałam do CROUSa w nadziei, że będzie się dało to jakoś załatwić. Sepleniąca pani powiedziała mi, że alors musze do CAFu jechać. Podała adres i kazała spadać. Że zrobiło się już późno, odłożyłam wycieczkę na następny dzień. Dziś rano wychodziłam akurat z domu, kiedy spotkałam Kasię – ukrainistkę (a może ukrainoznawczynię...), która mi powiedziała, że nieeee!!! jeśli ma się krótkie stypendium, to w ogóle nie ma się prawa do świadczeń z CAFu i nie ma o czym mówić. Wkurzona pojechałam do Sepleniącej i kiedy jej powiedziałam w czym rzecz, wybąkała: Yyyy... no tak, rzeczywiście... przepraszam... Widocznie miałam jakieś wyjątkowo mordercze spojrzenie, bo Sepleniąca zapytała mnie tylko czy mam ze sobą paszport, kazała poczekać i po pięciu minutach miałam już podpisane i podstemplowane papiery do odbioru pieniędzy. Potem tylko wycieczka do kasy i koniec.

A w kasie ludzie przeżywali swoje własne małe dramaty... Jakiś Chińczyk, przyszedł zapytać kiedy mu wreszcie przeleją pieniądze na konto, na co oni, że przelali 4.10 i w ciągu 5 dni powinno było dojść, on wtedy, że nie doszło, oni, żeby poczekał jeszcze 5 dni, na co on z rozpaczą w głosie: „Ale ja już na prawdę nie mogę dłużej czekać....”

11 października 2005

Constuction ----> Deconstruction....


Naprawdę już nie wiem, którędy na górę. Dziś pierwszy raz nie ruszam w ogóle wieczorem dupy z pokoju, więc mogę sobie trochę ponicnierobić.

Weekend miałam ciężki, bo chyba w dwa dni wyrobiłam dwuletnią polską normę wystaw i do tego byłam na dwóch pchlich targach. A w ciągu tygodnia ciągle coś – od rana do nocy.

A dziś miałam pierwsze spotkanie z resztą (dwuosobową) stażystów. Przygotowują już od miesiąca jakąś wystawę i ogólnie nie mam pojęcia co i jak i czuję się jak dupa wołowa. Zwłaszcza, że z francuskim u mnie cienko, nic nie mogę zrozumieć kiedy do mnie mówią, ciągle każę sobie powtarzać (a i wtedy nie wiem, czy aby na pewno dobrze zrozumiałam). Byliśmy na zalączonym obrazku i suchaliśmy jak się konserwuje marmur. A wcześniej nosiliśmy rzeźby po calym muzeum

W sobotę widziałam się z Berengere. Nawet nie byłoby aż tak nudno gdyby nie jej kolega - szwajcar, który akurat przyjechał. Fizykoterapeuta dla dzieci opóźnionych w rozwoju... Byliśmy na koncercie pod Sacre-Coeur i piliśmy wino z dzień wcześniejszego festiwalu wina. Niesamowite, że w wakacje kompletnie nic się tu nie działo, a teraz ciągle jakieś imprezy.

W sumie dzieje się mnóstwo, ale nie mam już siły pisać. Było minęło.

A jutro czeka mnie kolejna (nie ostatnia!!! dowiadywałam się od doświadczonej koleżanki!) wizyta w CROUSie...

P.S. Ago! Pamiętam o Tobie!

7 października 2005

A dziś byliśmy na sushi...

W końcu miałam wypłatę...

Czytelnia INHA

A to sala Richelieu. Słaby obrazek, ale lepszego nie mogłam znaleźć. Naprawdę robi wrażenie. Chociaż wielostopniowy system wypożyczania z czymś mi się kojarzy…

Francuskie oblicze socjalizmu...

Francuskie oblicze socjalizmu - ponure acz piękne… To będzie dłuuuuga historia...

Oto dlaczego ponure: w poniedziałek, jak już pisałam poszłam do CNOUSa, z którego odesłano mnie do CROUSa uprzednio zadzwoniwszy i umówiwszy się. Natychmiast zadzwoniwszy i umówiwszy się dostałam termin na czwartek. W czwartek akurat miałam przeprowadzkę więc pojechałam tam dopiero ok. 11. Kiedy udało mi się dotrzeć do odpowiedniego działu ustawiłam się w kolejce do jakiejś sepleniącej pani za biurkiem. Po odstaniu swojego w kolejce udało mi się powiedzieć, że dzwoniłam i umawiałam się. Pani wpisała mnie do komputera i kazała czekać. Po odsiedzeniu swojego w kolejce siedzącej zostałam wezwana do biura, które okazało się sekretariatem, tam w progu przyjęła mnie pani, która wyjęła jakieś formularze i zapisała mnie na piątek o 9:45. Dziś kolejna wycieczka do CROUSa. Kiedy przyszłam, zameldowałam się u sepleniącej pani, która kazała mi czekać. Po odsiedzeniu kolejnego swojego zawołał mnie jakiś pan, który posadził mnie w swojej części biura na krześle, po czym biegał z moimi dokumentami to tu to tam… po jedną pieczątkę do działu 117, po drugą do 435/9b, po zielony formularz do pani X, po ksero do pani Z… Jakieś pół godziny później pozbierał już wszystko i wręczył mi plik dokumentów, drugi wziął w rękę i powiedział, że mogę już iść do kasy po kasę i że on mnie zaprowadzi. W kasie wręczył pani w okienku prawym dokumenty, a mi kazał czekać w kolejce. Po następnym odstaniu dotarłam do okienka prawego, gdzie dałam pani paszport i odpowiedni formularz, pani przystawiła pieczątkę i oddała do podpisania. Kiedy wszystko oddałam jej w cholerę usłyszałam, że mam poczekać. Po poczekaniu WRESZCIE zostałam zawołana do okienka lewego gdzie pani wypłaciła mi kasę i oddała paszport…

To jeszcze nie koniec…

Bo dostałam formularz na częściowe zrefundowanie kosztów zakwaterowania, co choć stanowi ten piękny aspekt francuskiego oblicza socjalizmu, napawa mnie pewnym lękiem…

6 października 2005

Dzis bedzie krotko...

Dzis bedzie krotko, bo jestem na miejscowym komputerze (Oyciec cos pisze) i szalu dostaje, bo maja tu klawiature AZERTY... nawet nie zdawalam sobie dotad sprawy, ze pisze juz tak odruchowo. Ta klawiatura jest wyjatkowo debilna...

Wlasnie odebralam maila od Berengere i prawdopodobnie spotkamy sie w sobote i pojdziemy na jakas impreze :P

Bylam w bibliotece INHA - bardzo tam ladnie :)

A w robocie - jak to w robocie

Koniec, bo sie pochlastam!

4 października 2005

Opowieści o strajku w Paryżu są mocno przesadzone…

Przynajmniej w tym moim Paryżu nic nie zauważyłam. Natomiast przyznać muszę, że jeszcze nigdy nie jechałam żadnym środkiem transportu tak rozpłaszczona na szybie.

Dziś by pierwszy dzień mojego stażu, który z założenia miał być tylko teoretycznie stażem, a w rzeczywistości przykrywką do moich poszukiwań, ale okazuje się, że będzie stażem praktycznym, ponieważ już niedługo nie miałabym co robić (teoretycznie ;P). A to dlatego, że pani Bresc, kiedy zobaczyła moją rzeźbę (byłam święcie przekonana, że wysłałam jej wcześniej zdjęcie mailem) od razu powiedziała „e, jaka tam paryska! niderlandzka! Mistrza ołtarza z Rimini.”. W ten oto sposób miałam okazję zrobić z siebie buca. Tzn czytałam o tym, wiedziałam o Mistrzu, ale pod wpływem Wielkiego Białostockiego i informacji z muzeum stwierdziłam, że nieeee… no i w związku z tym pani powiedziała, że aż tak dużo rzeczy to ja w Paryżu nie znajdę, więc przy okazji mogę zrobić klasyczny staż, co mi w zasadzie odpowiada. O ile przy tej okazji nie zrobię z siebie już kompletnego buca.
Jeśli chodzi o ilość materiałów, to już znalazłam informacje, do których nie mogłam w Polsce dotrzeć więc jest ok. A prawdziwy staż zawsze się przyda.

I byłam dziś pierwszy raz w luwrowej stołówce… Jestem zachwycona, bo co prawda przyszłam ok. 13:30 i już większość fajnych rzeczy była pozabierana, a jagnięcina z frytkami którą zjadłam była miejscami tak krwista, że boję się, że dostałam jakiegoś tasiemca, ale nic nie zachwyca mnie w Paryżu tak, jak możliwość zjedzenia ogromnego obiadu za 2,5 EUR!!! I fajnego sobie wzięłam do tego pomidora w ziołach i parmezanie.

3 października 2005

Snuja a Paris cz.1

Okazuje się, że mają tu szkolną salę informatyczną (hoho! może za poważnie powiedziane – mają komputer w piwnicy z dostępem do Internetu) więc raz na jakiś czas mogę coś wysłać.

Pierwszy dzień "roboczy" za mną. Byłam w CNOUSie (centrum narodowe od kontaktów ze studentami i dawania im pieniędzy), z którego odesłali mnie do CROUSa (centrum regionalne od kontaktów ze studentami i dawania im pieniędzy), w którym wyznaczyli mi termin spotkania na czwartek, więc całe szczęście, że Oyciec ma forsę, bo musiałabym się wkrótce żywić samymi bagietkami z supermarketu (a Andrzej wie, że to gorsze niż tynk ze ścian)...

Byłam też dziś u madame Welonek, która najwyraźniej miała frajdę, że mogła pogadać z kimś po polsku (cóż… czasem nie mogłam jej za bardzo zrozumieć…). Madame Welonek to ta pani od kwestii stażowych. Była bardzo sympatyczna. Zaprowadziła mnie do jakichś luwrowych podziemi, do których zwykły śmiertelnik nie ma wstępu i zrobiła „badge” jak się wyraziła, czyli pracowniczą plakietkę. Plakietka ma dwie podstawowe zalety: 1. Jest z nią większa frajda niż z legitymacją Ecole du Louvre, bo gdziekolwiek idę (nawet na wystawę czasową) strażnicy tylko kiwają głową i wpuszczają mnie bez pytania (ach… jakim się człowiek czuje profesjonalistą na tle tych japońskich szaraczków!); 2. mam dostęp do miejscowej stołówki gdzie dają kupę całkiem niezłego (podobno) jedzenia za 5EUR.

Poza tym chciałam iść do biblioteki Ecole du Louvre, żeby się poduczyć trochę i nie wyjść jutro na ostatniego buca, ale mnie chamy nie wpuścili. Mimo, że miałam moją niesamowitą plakietkę…

Jutro idę do madame Bresc, która będzie moim tutorem. Mam nadzieję, że nie wypadnę na debilkę z polsatu…

A w ogóle to mamy jaja z hotelem, bo się okazało, że gościu z niewyjaśnionych przyczyn jest całkowicie pewny, że zamawialiśmy noclegi od 06.10, czyli od czwartku (??) więc teraz od dwóch nocy śpię w pokoju Oyca, następne dwie spędzę w pokoju z jakąś dziewczyną, a od czwartku znowu będziemy mieszkać razem. Problem w tym, że w międzyczasie Oyciec nie będzie miał gdzie mieszkać, ale gość ma to jakoś załatwić.

A Paryż – jak to Paryż – prezentuje się świetnie. Tylko zimniej niż zwykle. Dotąd znaam tylko Paryż słoneczny i ciepły. Teraz poznałam chłodne poranki.

Całusy z XVII-tej dzielnicy!!!

1 października 2005

Już za moment, już za chwilę...

A najbardziej dobija mnie to siedzenie z podkurczonymi nogami w autobusie...

No, mam nadzieję, że będę miała możliwość pisania przez ten miesiąc. Trzymajcie się, miłej szkoły.

28 września 2005

Nie jestem apolityczna

Snuja by night

A dziś w nocy wracałam skądś do domu. Stałam na przystanku PKS na jakimś zadupiu i czekałam na autobus. Wtem napadł mnie jakiś facet. Złapałam go zębami za palec i zaciskałam je tak długo aż poczułam i usłyszałam chrzęst stawu. Facet zaczął drzeć się i wyrywać. I oderwał sobie w ten sposób palec. Majtał mu się krwawiąc na kawałku skóry.

26 września 2005

Snuja by night

Śniło mi się wczoraj, że Agnieszka obciągała Zielakowi w jakimś publicznym damskim kiblu, a ja starałam się wywalić z tamtąd wszystkie pchające się do kibli panienki i uspokoić kolejkę przed wejściem. Wyjątkowo żenujący sen.

Oficjalnie i tak poza tym

Dostałam dziś maila od pani Bresc. Juz oficjalnie jestem zaakceptowana na staż w Luwrze. :) Zaczynam we wtorek, 4 października. I dostanę prrrrrrrrrrawdziwą plakietkę, dzięki której będę mogła wszędzie wleźć - łącznie z luwrową restauracją dla pracowników :). Mam nadzieję tylko, że w ambasadzie nic już się nie skisi...
Boję się tego wyjazdu jak diabli. Jeść mi się już nie chce od paru dni (a jak mi się nie chce jeść to sprawa jest poważna...).

A tak poza tym to głosowałam na PO i jestem zawiedziona.
I byłam dziś u pana Marcina, który mnie strzygł chyba 45 minut. I nawet nie próbował rozgrzać prostownicy.

21 września 2005

Mam!

Nareszcie przyszła odpowiedź od pani Bresc. Mam nadzieje, że w ambasadzie to wystarczy, bo nie jest to potwierdzenie przyjęcia na staż, a tylko gotowość wpuszczenia mnie do luwrowej dokumentacji. W każdym razie wszystko jest na dobrej drodze - jeszcze dziś pakuję i wysyłam dokumenty.
Paryżu drżyj - nadchodzę!

19 września 2005

Snuja by night


Śniło mi sie dziś, że ludzie mieszkali na Marsie (który w zasadzie niczym nie różnił się od Ziemi). Ziemia w wyniku jakiejś katastrofy wypadła z orbity leciała w naszą stronę. Widziałam jak się zbliża, widziałam chmury, kontynenty, oceany. Była niesamowicie wyraźna, niebiesko-biała. W końcu przeleciała przez niebo i zniknęła za horyzontem. Zatrzęsła się ziemia, ale nic się nie stało. Po chwili zobaczyłam jak znowu nadlatuje. Ziemia zamiast uderzyć w Marsa przeleciała tylko bardzo blisko i zaczęła wokół niego krążyć po elipsie. Za każdym razem kiedy go mijała ziemia zaczynała drżeć. Wyglądało to wszystko bardzo malowniczo.

Z tego miejsca pragnęłabym...

gorąco, z głębi serca najgłębszej podziękować Rudemu za rudego kota, który wreszcie wszedł do ramki...

18 września 2005

Tupoty czasem też po człowieku chodzą....



Rude są fajne, ale nie należy zapominać, że są też wredne...

16 września 2005