30 października 2005

Chyba juz ustatni post z Paryza...

Od niedawna jestem sama :)
Bardzo mi z tym dobrze, bo wreszcie moge spac na lozku. W ciszy...
Tylko komputera mi brak, dlatego bedzie krotko: pisze z miejscowego....
W Toruniu bede w srode. Na razie skonczylam robote i od wczoraj robie sobie wolne. Bylam wczoraj w Saint-Denis (poza piekna bazylika, zupelnie jak Fordon), dzis pojechalam zwiedzac Saint-Chapelle, Conciergerie (najpierw palac krolewski a potem wiezienie), galerie bizuterii w Luwrze, chcialam zobaczyc wystawe Christiana Lacroix, ale dzis zamkniete - pojde jutro, potem muzeum Dapper (sztuka afrykanska) i wystawa Salvadora Dali (drogo, jak cholera, ale warto bylo). Chcialam jeszcze isc dzis na koncert, ale nie mam z kim, a sama jakos nie mam ochoty... jeszcze sie zastanowie... Z Berengere umowilam sie na impreze na jutro. Biorac pod uwage doswiadczenia sprzed 1,5 miesiaca, bede ostrozna...
Jutro dalej bede sie rozrywac. Mam nadzieje ze uda mi sie w koncu kupic nowy Pariscope - chce sie wybrac do kina na cos francuskiego, moze na Le marche d'impereurs, nie wiem, jak to brzmi po polsku, chyba Marsz pingwinow cesarskich po prostu. Malo w tym filmie mowia, ale chyba filmy przyrodnicze to ostatnio najlepsze co umieja tu robic.
A, przy okazji przypomnijcie mi, ze mam do opowiedzenia Snuje by night... Agnieszko, Muzo snow moich, to znowu z Toba w roli glownej

26 października 2005

http://expositions.bnf.fr/bestiaire/index.htm

Nie udało mi się znaleźć TEGO słonika więc zamieszczam innego, również uroczego (3 ćw. XIII w.). W parze ze smokiem.



A to słynny lew, z jeszcze słynniejszego wzornika, jeszcze bardziej słynnego Villarda de Honnecourt (1230)



A to ma
łpa (to po prawej)


Tumaczę, bo w tym średniowieczu nigdy nic nie wiadomo... to na przyk
ład są lwy:



Zainteresowanych odsylam na adres powyższy.

Powoli acz nieubłaganie...

Powoli acz nieubłaganie mój pobyt zbliża się ku końcowi. A przynajmniej posty pewno urwą się w piątek, bo nie sądzę, żebym po wyjeździe Oyca miała cierpliwość do francuskiej klawiatury... może, jeśli będę miała duuużo czasu...

Dotarłam w końcu na wystawę średniowiecznych zwierząt w Bibliotece Narodowej. To chyba najlepsza wystawa jaką dotąd tu widziałam. Chociaż uwielbiam Egona Schiele, i podoba mi się Klimt, to jednak ich obrazy, jeśli się trochę pojeździ po świecie zawsze można obejrzeć, a średniowieczne książki rzadko są wystawiane na widok publiczny. Miniatury były naprawdę niesamowite, teksty kaligrafowane tak, że w druku nawet nie wychodzą tak dokładne. A do tego dwie wystawionych tam z miniatur miały formę absolutnie współczesnych komiksów! Dosłownie – obrazki podzielone na prostokątne pola, w których, w ramkach w formie jakichś miękko zawijających się kart, był tekst, a końcówki ramek wydłużały się w stronę postaci, których dotyczyły – wyglądało to zupełnie jak dymki!

Bestie były przeróżne – lwy, ptaki, owady, jednorożce i różne hybrydy. Najsłodsze z tego wszystkiego były słonie – jeśli uda mi się znaleźć w internecie reprodukcję, wstawię jednego z nich – białego z końcówką trąby jak trąbka do grania.

A wczoraj miałam spotkanie z panią Guillot... eh... Oczywiście pani bardzo mądra, specjalistka w swojej dziedzinie, i w ogóle, ale niestety typ człowieka, który sprawi, że poczujesz się jak ostatni idiota... Zjechała mnie za to, że nie przeczytałam jakiegoś JEJ artykułu (już go przeczytałam, sam w sobie ok i nawet co nieco wnosi w mój stan wiedzy o rzeźbie, ale nie przesadzajmy – w bibliografii nic ponad program nie było i w ogóle można było bez tego przeżyć). Za nieprzeczytanie Legnera też mnie zjechała (70 stron po niemiecku, więc chyba każdy zrozumie dlaczego się do niego nie spieszyłam...). Nie zabolało by mnie to tak bardzo, gdyby nie fakt, że po owym zjechaniu mnie syknęła: „No to co pani tu w ogóle robiła przez te trzy tygodnie?!”. Co z tego, że ktoś jest kulturalny, z przemiłym uśmiechem mówi „dzień dobry” i na pożegnanie życzy powodzenia, jeśli nie omieszka w międzyczasie uprzejmie uświadomić ci, że jesteś kretynem?

A tak poza tym, to doszły mnie słuchy, że Lepper został wicemarszałkiem...

23 października 2005

Ochlonąwszy...

Pokażę Wam , co dziś (między innymi) widzialam:

Schiele:


Schiele:


Klimt:


Kokoschka:


ok, przyznaję, że akurat obrazów nr 2 i 4 nie bylo, ale numeru 2 nie moglam sobie odmówić, a nr 4 byl jedynym golym obrazem Kokoschki jaki znalazlam w internecie.

Ja tam na tego kurdupla nie glosowalam...

Jak można glosować na kogoś kto w dzieciństwie w zmowie z bratem ukradl księżyc?

21 października 2005

Pariscope od rana do nocy

Miałam też się spotkać z Berengere wczoraj, ale nie miałam już siły i się wykręciłam. Dziś tradycyjny dzień w bibliotece i kilka wystaw wieczorem (Oyciec kupił Pariscope, więc mamy przewodnik po wystawach na cały następny tydzień). Byłam na wystawie Libery – trzy zdjęcia – pierwsze z kolarzami zdejmującymi barierę graniczną na wzór dawnego zdjęcia z hitlerowcami, drugie z ludźmi na obozie (campingowym) za sznurkami stojącymi w pasiastych piżamach i różnych szmatach na wzór zdjęcia z Oświęcimia, a trzecie z grupą ludzi, wśród których idzie goła dziewczyna – nie pamiętam już czego dotyczył oryginał czy to było dziecko z Wietnamu czy skądś (w każdym razie każdy to zdjęcie pewno zna). Wszystko fajne tylko, że nie sądzę, żeby przeciętny Francuz rozumiał, o co chodzi, przynajmniej z pierwszymi dwoma. Na tej samej wystawie były też zdjęcia kobitki, która robiła fotomontaże z żołnierzami męczącymi więźniów w Iraku – to każdy zna.

Krążyły plotki, że za granicą nie ma drugiej tury wyborów... otóż jest.

A jutro naprawdę wstanę o tej 7 rano i pójdę na pchli targ (kiedy ostatnio tam byliśmy zwlekłam się z łóżka o 9:30, a kiedy nie było Oyca w ogóle nie mogłam wstać, chociaż obiecałam mu kupić maskę). Ale jutro wstanę!

A dziś znalazłam nowe (oczywiście dla mnie tylko) rzeźby Mistrza Retabulum z Rimini. Nawet ładniejsze od tej mojej... A myślę, że moja jest ładniejsza od samego retabulum z Rimini. Właściwie to przecież nie wiecie po co tu właściwie jestem! Nie będę się rozpisywać – wstawię obrazki.

To moja rzeźba (jest w Warszawie)


o, wlaśnie znalazlam w internecie jakąś rzeźbę z Sotheby's, które też podobno jest Mistrza Retabulum z Rimini...

20 października 2005

Les Yeux Les Oreilles (czy jakoś tam...)

A wczoraj byłam w pubie zupełnie takim, jak nasze, toruńskie, tyle że piwnica była nie z cegły, a z kamienia. Byłam tam na całkiem fajnym koncercie Jakiegoś Tam Zespołu grającego tradycyjną francuską muzykę. Brzmiało to dosyć egzotycznie, a ludzie bawili się świetnie. Zdobyłam przy okazji malutką gazetkę o nazwie LYLO. To pisemko wydawane co tydzień i rozdawane za darmo w różnych knajpach ze spisem wszelkich możliwych knajpianych i teatralnych koncertów. Jest tego jakieś 50 dziennie więc jest w czym wybierać.

18 października 2005

Zajączek

Znów nie było pani Bresc – pojechała do Wersalu.

Chodząc codziennie do departamentu i pytając o nią czuję się jak ten zajączek, co to przychodził do sklepu misia i pytał czy jest marchewka.... W końcu mnie tam przybiją gwoździami za uszy do ściany....

Są gwoździe?...

A jest marchewka?...

17 października 2005

Zapomnialabym!!!


Widzialam dziś prrrawdziwy pościg!!!
Gościu na skuterze uciekal przed policją przez rue Biot. Rue Biot jest tak wąska, że gość bez trudu zwial wymijając ciężarówkę, czego nie mogl już zrobić radiowóz więc... na sygnale wjechal na chodnik prawie tratując ludzi. Co bylo dalej nie wiem, bo poszlam swoją drogą.

A jak wrócę...

A jak wrócę, to sobie nawypożyczam Dostojewskiego i Gogola, i może Bulhakowa też. Poczytalabym sobie rosyjskiej literatury, ale kupowanie/pożyczanie jej po francusku to kompletny idiotyzm. Szkoda, że nie umiem po rusku... ale i tak lepszy polski od francuskiego.

Szesnasty dzień w Paryżu...

Hm... i tak jakoś zrobił się już 17.10...

Czas szybko leci, zwłaszcza kiedy się siedzi w bibliotece... Dziś siedziałam naprzeciwko najprzystojniejszego faceta na świecie i w ogóle nie mogłam się skupić na czytaniu. Z resztą nie tylko ja, bo pani roznosząca książki najwyraźniej też się nie mogła skupić, bo dała mu książki przeznaczone dla nie-już-tak-przystojnego sąsiada... :)

Tak nawiasem pisząc, to codziennie widuję tu jakiegoś najprzystojniejszego faceta na świecie. Cóż... takie miasto. :)

Chciałam iść wczoraj do Musee Galliera, ale okazało się, że zamknięte. Do stycznia. Poszalam za to na przeciwko do Palais de Tokyo. A jutro chcę po pracy skoczyć bo Biblioteki Narodowej na wystawę średniowiecznych bestii.

Cóż – jutro wtorek, więc pewno natknę się na panią Bresc i znów będzie ciężki dzień. Dziś zgrabnie odmeldowałam się w departamencie i uciekłam do biblioteki. Mimo wszystko wolę robić swoje niż przekładać papiery i kserować zdjęcia do ich dossiers.

Czeka mnie też przeprawa z panią Gulliot – tą, która jest specjalistką od średniowiecznej rzeźby niderlandzkiej i tak mnie opieprzyła pierwszego dnia... może mnie nie zje... ale to może nie jutro...

15 października 2005

Z plyty sobie poslucham....


Eh... zastanawialam się, czy by nie pojść na koncert Nigela Kennedy'ego (bilety: 25-81 EUR; miejsca, z których w ogóle widać scenę od 39 EUR).
Problem sam się rozwiązal bo biletów już nie ma.

Ostatnie podrygi lata...

Chyba wszyscy dziś czuli, że to już ostatnia tak ciepła sobota w tym roku, bo wylegli jak muchy na słońce. Trudno się było gdziekolwiek przedrzeć. Chciałam sobie porysować w muzeum Rodina, ale w środku nie było miejsca, a na zewnątrz wolnych ławek (wszystkie dróżki, jak to w Paryżu, wysypane tymi białymi kamyczkami i świniącym pyłem, więc nie dało się siedzieć na ziemi). W Luwrze, kiedy rysowałam Michała Anioła, rozdeptała mnie jakaś baba. Wkurzyłam się i pojechałam do Ogrodu Luksemburskiego, a następnie czym prędzej stamtąd uciekłam, bo ludzi przylazlo więcej niż na jakiś jarmark i nie było nawet wolnych krzeseł.

A wczoraj, kiedy siedziałam sobie na trawie pod Ecole du Louvre, przypałętał się jakiś 60-latek. Kiedy zaczął wypytywać mnie gdzie mieszkam, kiedy kończę i czy nie miałabym ochoty wyjść gdzieś wieczorem, odczułam nagłą i absolutnie nieprzepartą chęć natychmiastowego pójścia do biblioteki celem zrobienia bardzo ważnych notatek.

13 października 2005

Francuskie oblicze socjalizmu, cz. 2 – ostatnia....

Skończyłam już z CROUSem, ale nie obyło się bez bólu... Pojechałam tam wczoraj, zgromadziwszy odpowiednie podpisy i rachunki po dofinansowanie mieszkania, żeby się tam zgłosić i czekać tydzień na rozpatrzenie sprawy. Wypełniłam, co miałam wypełnić, ale coś podejrzany mi się wydawał fragment, w którym jeśli ma się dofinansowanie z jakiegoś CAFu należy przedstawić stosowne zaświadczenie o świadczeniach, a jeśli się nie ma należy również przedstawić zaświadczenie - o braku zaświadczenia o świadczeniach. No nic – pojechałam do CROUSa w nadziei, że będzie się dało to jakoś załatwić. Sepleniąca pani powiedziała mi, że alors musze do CAFu jechać. Podała adres i kazała spadać. Że zrobiło się już późno, odłożyłam wycieczkę na następny dzień. Dziś rano wychodziłam akurat z domu, kiedy spotkałam Kasię – ukrainistkę (a może ukrainoznawczynię...), która mi powiedziała, że nieeee!!! jeśli ma się krótkie stypendium, to w ogóle nie ma się prawa do świadczeń z CAFu i nie ma o czym mówić. Wkurzona pojechałam do Sepleniącej i kiedy jej powiedziałam w czym rzecz, wybąkała: Yyyy... no tak, rzeczywiście... przepraszam... Widocznie miałam jakieś wyjątkowo mordercze spojrzenie, bo Sepleniąca zapytała mnie tylko czy mam ze sobą paszport, kazała poczekać i po pięciu minutach miałam już podpisane i podstemplowane papiery do odbioru pieniędzy. Potem tylko wycieczka do kasy i koniec.

A w kasie ludzie przeżywali swoje własne małe dramaty... Jakiś Chińczyk, przyszedł zapytać kiedy mu wreszcie przeleją pieniądze na konto, na co oni, że przelali 4.10 i w ciągu 5 dni powinno było dojść, on wtedy, że nie doszło, oni, żeby poczekał jeszcze 5 dni, na co on z rozpaczą w głosie: „Ale ja już na prawdę nie mogę dłużej czekać....”

11 października 2005

Constuction ----> Deconstruction....


Naprawdę już nie wiem, którędy na górę. Dziś pierwszy raz nie ruszam w ogóle wieczorem dupy z pokoju, więc mogę sobie trochę ponicnierobić.

Weekend miałam ciężki, bo chyba w dwa dni wyrobiłam dwuletnią polską normę wystaw i do tego byłam na dwóch pchlich targach. A w ciągu tygodnia ciągle coś – od rana do nocy.

A dziś miałam pierwsze spotkanie z resztą (dwuosobową) stażystów. Przygotowują już od miesiąca jakąś wystawę i ogólnie nie mam pojęcia co i jak i czuję się jak dupa wołowa. Zwłaszcza, że z francuskim u mnie cienko, nic nie mogę zrozumieć kiedy do mnie mówią, ciągle każę sobie powtarzać (a i wtedy nie wiem, czy aby na pewno dobrze zrozumiałam). Byliśmy na zalączonym obrazku i suchaliśmy jak się konserwuje marmur. A wcześniej nosiliśmy rzeźby po calym muzeum

W sobotę widziałam się z Berengere. Nawet nie byłoby aż tak nudno gdyby nie jej kolega - szwajcar, który akurat przyjechał. Fizykoterapeuta dla dzieci opóźnionych w rozwoju... Byliśmy na koncercie pod Sacre-Coeur i piliśmy wino z dzień wcześniejszego festiwalu wina. Niesamowite, że w wakacje kompletnie nic się tu nie działo, a teraz ciągle jakieś imprezy.

W sumie dzieje się mnóstwo, ale nie mam już siły pisać. Było minęło.

A jutro czeka mnie kolejna (nie ostatnia!!! dowiadywałam się od doświadczonej koleżanki!) wizyta w CROUSie...

P.S. Ago! Pamiętam o Tobie!

7 października 2005

A dziś byliśmy na sushi...

W końcu miałam wypłatę...

Czytelnia INHA

A to sala Richelieu. Słaby obrazek, ale lepszego nie mogłam znaleźć. Naprawdę robi wrażenie. Chociaż wielostopniowy system wypożyczania z czymś mi się kojarzy…

Francuskie oblicze socjalizmu...

Francuskie oblicze socjalizmu - ponure acz piękne… To będzie dłuuuuga historia...

Oto dlaczego ponure: w poniedziałek, jak już pisałam poszłam do CNOUSa, z którego odesłano mnie do CROUSa uprzednio zadzwoniwszy i umówiwszy się. Natychmiast zadzwoniwszy i umówiwszy się dostałam termin na czwartek. W czwartek akurat miałam przeprowadzkę więc pojechałam tam dopiero ok. 11. Kiedy udało mi się dotrzeć do odpowiedniego działu ustawiłam się w kolejce do jakiejś sepleniącej pani za biurkiem. Po odstaniu swojego w kolejce udało mi się powiedzieć, że dzwoniłam i umawiałam się. Pani wpisała mnie do komputera i kazała czekać. Po odsiedzeniu swojego w kolejce siedzącej zostałam wezwana do biura, które okazało się sekretariatem, tam w progu przyjęła mnie pani, która wyjęła jakieś formularze i zapisała mnie na piątek o 9:45. Dziś kolejna wycieczka do CROUSa. Kiedy przyszłam, zameldowałam się u sepleniącej pani, która kazała mi czekać. Po odsiedzeniu kolejnego swojego zawołał mnie jakiś pan, który posadził mnie w swojej części biura na krześle, po czym biegał z moimi dokumentami to tu to tam… po jedną pieczątkę do działu 117, po drugą do 435/9b, po zielony formularz do pani X, po ksero do pani Z… Jakieś pół godziny później pozbierał już wszystko i wręczył mi plik dokumentów, drugi wziął w rękę i powiedział, że mogę już iść do kasy po kasę i że on mnie zaprowadzi. W kasie wręczył pani w okienku prawym dokumenty, a mi kazał czekać w kolejce. Po następnym odstaniu dotarłam do okienka prawego, gdzie dałam pani paszport i odpowiedni formularz, pani przystawiła pieczątkę i oddała do podpisania. Kiedy wszystko oddałam jej w cholerę usłyszałam, że mam poczekać. Po poczekaniu WRESZCIE zostałam zawołana do okienka lewego gdzie pani wypłaciła mi kasę i oddała paszport…

To jeszcze nie koniec…

Bo dostałam formularz na częściowe zrefundowanie kosztów zakwaterowania, co choć stanowi ten piękny aspekt francuskiego oblicza socjalizmu, napawa mnie pewnym lękiem…

6 października 2005

Dzis bedzie krotko...

Dzis bedzie krotko, bo jestem na miejscowym komputerze (Oyciec cos pisze) i szalu dostaje, bo maja tu klawiature AZERTY... nawet nie zdawalam sobie dotad sprawy, ze pisze juz tak odruchowo. Ta klawiatura jest wyjatkowo debilna...

Wlasnie odebralam maila od Berengere i prawdopodobnie spotkamy sie w sobote i pojdziemy na jakas impreze :P

Bylam w bibliotece INHA - bardzo tam ladnie :)

A w robocie - jak to w robocie

Koniec, bo sie pochlastam!

4 października 2005

Opowieści o strajku w Paryżu są mocno przesadzone…

Przynajmniej w tym moim Paryżu nic nie zauważyłam. Natomiast przyznać muszę, że jeszcze nigdy nie jechałam żadnym środkiem transportu tak rozpłaszczona na szybie.

Dziś by pierwszy dzień mojego stażu, który z założenia miał być tylko teoretycznie stażem, a w rzeczywistości przykrywką do moich poszukiwań, ale okazuje się, że będzie stażem praktycznym, ponieważ już niedługo nie miałabym co robić (teoretycznie ;P). A to dlatego, że pani Bresc, kiedy zobaczyła moją rzeźbę (byłam święcie przekonana, że wysłałam jej wcześniej zdjęcie mailem) od razu powiedziała „e, jaka tam paryska! niderlandzka! Mistrza ołtarza z Rimini.”. W ten oto sposób miałam okazję zrobić z siebie buca. Tzn czytałam o tym, wiedziałam o Mistrzu, ale pod wpływem Wielkiego Białostockiego i informacji z muzeum stwierdziłam, że nieeee… no i w związku z tym pani powiedziała, że aż tak dużo rzeczy to ja w Paryżu nie znajdę, więc przy okazji mogę zrobić klasyczny staż, co mi w zasadzie odpowiada. O ile przy tej okazji nie zrobię z siebie już kompletnego buca.
Jeśli chodzi o ilość materiałów, to już znalazłam informacje, do których nie mogłam w Polsce dotrzeć więc jest ok. A prawdziwy staż zawsze się przyda.

I byłam dziś pierwszy raz w luwrowej stołówce… Jestem zachwycona, bo co prawda przyszłam ok. 13:30 i już większość fajnych rzeczy była pozabierana, a jagnięcina z frytkami którą zjadłam była miejscami tak krwista, że boję się, że dostałam jakiegoś tasiemca, ale nic nie zachwyca mnie w Paryżu tak, jak możliwość zjedzenia ogromnego obiadu za 2,5 EUR!!! I fajnego sobie wzięłam do tego pomidora w ziołach i parmezanie.

3 października 2005

Snuja a Paris cz.1

Okazuje się, że mają tu szkolną salę informatyczną (hoho! może za poważnie powiedziane – mają komputer w piwnicy z dostępem do Internetu) więc raz na jakiś czas mogę coś wysłać.

Pierwszy dzień "roboczy" za mną. Byłam w CNOUSie (centrum narodowe od kontaktów ze studentami i dawania im pieniędzy), z którego odesłali mnie do CROUSa (centrum regionalne od kontaktów ze studentami i dawania im pieniędzy), w którym wyznaczyli mi termin spotkania na czwartek, więc całe szczęście, że Oyciec ma forsę, bo musiałabym się wkrótce żywić samymi bagietkami z supermarketu (a Andrzej wie, że to gorsze niż tynk ze ścian)...

Byłam też dziś u madame Welonek, która najwyraźniej miała frajdę, że mogła pogadać z kimś po polsku (cóż… czasem nie mogłam jej za bardzo zrozumieć…). Madame Welonek to ta pani od kwestii stażowych. Była bardzo sympatyczna. Zaprowadziła mnie do jakichś luwrowych podziemi, do których zwykły śmiertelnik nie ma wstępu i zrobiła „badge” jak się wyraziła, czyli pracowniczą plakietkę. Plakietka ma dwie podstawowe zalety: 1. Jest z nią większa frajda niż z legitymacją Ecole du Louvre, bo gdziekolwiek idę (nawet na wystawę czasową) strażnicy tylko kiwają głową i wpuszczają mnie bez pytania (ach… jakim się człowiek czuje profesjonalistą na tle tych japońskich szaraczków!); 2. mam dostęp do miejscowej stołówki gdzie dają kupę całkiem niezłego (podobno) jedzenia za 5EUR.

Poza tym chciałam iść do biblioteki Ecole du Louvre, żeby się poduczyć trochę i nie wyjść jutro na ostatniego buca, ale mnie chamy nie wpuścili. Mimo, że miałam moją niesamowitą plakietkę…

Jutro idę do madame Bresc, która będzie moim tutorem. Mam nadzieję, że nie wypadnę na debilkę z polsatu…

A w ogóle to mamy jaja z hotelem, bo się okazało, że gościu z niewyjaśnionych przyczyn jest całkowicie pewny, że zamawialiśmy noclegi od 06.10, czyli od czwartku (??) więc teraz od dwóch nocy śpię w pokoju Oyca, następne dwie spędzę w pokoju z jakąś dziewczyną, a od czwartku znowu będziemy mieszkać razem. Problem w tym, że w międzyczasie Oyciec nie będzie miał gdzie mieszkać, ale gość ma to jakoś załatwić.

A Paryż – jak to Paryż – prezentuje się świetnie. Tylko zimniej niż zwykle. Dotąd znaam tylko Paryż słoneczny i ciepły. Teraz poznałam chłodne poranki.

Całusy z XVII-tej dzielnicy!!!

1 października 2005

Już za moment, już za chwilę...

A najbardziej dobija mnie to siedzenie z podkurczonymi nogami w autobusie...

No, mam nadzieję, że będę miała możliwość pisania przez ten miesiąc. Trzymajcie się, miłej szkoły.