28 listopada 2005

Snuja by night 5 - O poparzeniach trzeciego stopnia dwóch i pół palca


Trzymałam w lewej dłoni świeczkę do podgrzewaczy. Świeczka zaczęła iskrzyć i zapaliła się. Tłumaczyłam mamie, że to się ostatnio często zdarza - taki samozapłon świeczek. W pewnym momencie przechyliłam ją za mocno i stearyna wylała mi się na wskazujący i środkowy palec. Palce zaczęły mi się palić. Najpierw starałam się zdmuchnąć ogień, płomień zrobił się tylko większy. Próbowałam zdusić ogień drugą ręką. Stearyna oklejała mi palce i robiła z nich świeczki, zaczął mi się palić palec serdeczny. Bolało. Krzyczałam do mamy, żeby mi pomogła, ale najwyraźniej jej się nie chciało... Zauważyłam kubek z herbatą i szybko wsadziłam nam rękę. Uff... pożar opanowany.
Dwa palce miałam spuchnięte i zupełnie czarne, serdeczny był nadpalony na czubku. Przez resztę snu naprawdę czułam jak mnie piecze!

25 listopada 2005

Na jeszcze specjalniejsze życzenie

Krwiożercza szmaciana laleczka z urwaną głową

Na specjalne życzenie

Krwiożercza szmaciana laleczka zastrzelona

24 listopada 2005

Dorzucam jeszcze krwiożerczą laleczkę.


Krwiożercza szmaciana laleczka we własnej osobie :)

Snuja by night 4 - cz. 2 Kolejny błąd i ostateczny sukces :)


















Oddzielam tego by nighta od poprzedniego, bo w zasadzie jest osobnym snem i nie jestem zupełnie pewna, czy nastąpił zaraz po tamtym. To będzie długa opowieść :P.
Prawdopodobnie zaraz po tym wyjściu na spacer znalazłam się w lesie. Głos Krystyny Czubówny tłumaczył mi, że jestem w amazońskiej dżungli. Wyglądała jak typowy, podtoruński las sosnowy. "Porosty pokrywające korę tutejszych drzew stanowią dla miejscowej ludności doskonałe zabezpieczenie przed groźnymi zwierzętami, takimi jak wilki i hieny..." (człowiek tylko czeka na to jej "bliżej..."). Widziałam miejscową ludność zbierającą korę z drzew i robiącą z niej maski odstraszające hieny. Poszłam leśną drogą. Po drodze spotkałam jakichś dwóch miejscowych zmiatających rózgowymi miotełkami jakieś białe kuleczki z drogi (okazało się, że to też jakiś drzewny środek na dzikie bestie - wystarczyło rzucić im w oczy i zwierzęta nic nie widziały i miały halucynacje przez jakiś czas). Zaczęłam zamiatać razem z nimi. Kiedy już zebraliśmy wszystko poszliśmy dalej, skręciliśmy w jakąś węższą dróżkę, obok której rozciągała się słoneczna, trawiasta polana. Położyliśmy miotły pod drzewem i zaszyliśmy się z wysokiej trawie z zamiarem upolowania jednej z pasących się tam antylop. Napięłam łuk i strzeliłam. Strzała świsnęła tylko obok antylopy, które odbiegła spłoszona, ale ostatecznie zatrzymała się jeszcze bliżej niż poprzednio.
Antylopa była kobietą około czterdziestki, blondynką. Stała jak to cielę - może dlatego nie zauważyłam w niej człowieka, tylko celowałam dalej. Tym razem nie chybiłam - strzała przeszyła jej pierś na wylot. Kobieta padła martwa. W tym momencie nadjechał czarny, brudny jeep załadowany po brzegi jej blond rodziną. Zaczeli na mnie krzyczeć zrozpaczeni - czemu zastrzeliłam matkę TYCH dzieci!? No przecież to nie antylopa! Dopiero wtedy zauważyłam, że kurna faktycznie, to nie antylopa. Całe szczęście, że nie pamiętałam już o Paulinie i babci, bo bym się chyba na własną strzałę nadziała! Byłam w dużo bardziej bojowym nastroju - zaczęłam się awanturować, że co ona tu robiła! Tu się poluje przecież! To dżungla! Rodzina najwyraźniej przyjęła to do wiadomości, bo sobie pojechała.
Skręciliśmy do zaparkowanego obok naszego czerwonego jeepa (kabrioleta!). Dwaj tubylcy, z którymi byłam okazali się być Europejczykami - jeden, wyższy, był kierowcą i właścicielem jeepa, a niższy sir Davidem Attenborough. Zaczęliśmy kopać obok samochodu dół. Ni z tego ni z owego okazało się, że w miejscu, gdzie leżały nasze miotły leży teraz jakaś bestia, która nagle zerwała się i zaczęła nas atakować. To był wściekły, rogaty wilk. Strzelaliśmy do niego z łuku, rzucaliśmy kuleczkami, Kierowca strzelał do niego z karabinu, aż się skończyły naboje. A wilk nic. Wreszcie złapaliśmy go za rogi i wrzuciliśmy do dołu. Tam go dobiliśmy. Zaraz po nim zaatakowała nas krwiożercza szmaciana laleczka. Zastrzeliliśmy ją kilkunastoma strzałami. Na wszelki wypadek, żeby się nie ocknęła, urwaliśmy jej głowę.
Ruszyliśmy z piskiem opon w drogę powrotną. Dojechaliśmy do Białogóry, gdzie trafiliśmy w środek jakiegoś wyścigu. Zaczęliśmy się więc ścigać nieistniejącymi ulicami. Doganialiśmy już lidera - białą terenówkę z numerem 21. Nagle okazało się, że dojechaliśmy już do Grupy i to tam jest meta. Trzeba było tylko dojechać do stacji kolejowej, odmeldować się tam i wrócić, potem tylko ostatnie okrążenie wokół bloków i koniec. Grzaliśmy na stację ile fabryka dała, ale ciągle 21 był przed nami. Na stacji trzeba było oddać jakieś dokumenty i założyć białe koszule. Z zakładaniem koszul był największy problem, bo miały mnóstwo guzików. 21 zamienił się w sportowy samochód i odjechał, a my wciąż nie mogliśmy ruszyć, bo sir David nie mógł się wpakować do samochodu. Wreszcie ruszyliśmy. Byliśmy dopiero w połowie drogi, kiedy 21 wszedł na ostatnie okrążenie. Nagle najechał na jakiś różowy rower. Zatrzymał się i zaczął się awanturować, że to wszystko wina mieszkańców, że specjalnie zostawili rower na środku drogi, żeby mu przeszkodzić, że się zemści itp. W tym czasie ja, Kierowca i sir David skończyliśmy już wyścig i świętowaliśmy ten fakt pijąc szampana na przystanku autobusowym.

Snuja by night 4 - cz. 1 Cokolwiek robię, robię źle....

Pojechałam do mojej babci do Grupy. W jej mieszkaniu odbywał się zjazd naszej klasy. Było dużo ludzi, nie pamiętam, kto konkretnie. Siedziałam sobie w małym pokoju na kanapie. Dosiadła się do mnie Paulina. Zaczęła opowiadać, że ostatnio odnosi sukcesy w TYCH konkursach i że przeszła do następnego etapu w Ameryce. Przytakiwałam i gratulowałam jej, aż wreszcie powiedziała:
- No bo słyszałaś w JAKICH konkursach biorę udział?
Ponieważ nie miałam pojęcia, a bałam się, że zacznie mnie szczegółowo wypytywać, co o tym sądzę powiedziałam, że mniej więcej mi opowiadano, ale nie znam szczegółów. Ni z tego ni z owego Paulina zapytała:
- Masz przy sobie gotówkę czy kartę?
Miałam w portfelu 40 zl i kartę mamy, z której miałam sobie wypłacić pieniądze na powrót, bo na bilet potrzebowałam 47 zl. Zdziwiona pytaniem odpowiedziałam, że w zasadzie to mam i gotówkę i kartę, ale nie moją.
- To pożycz stówe!
- Słucham?
- Daj stówę.
- Nie.
- No daj stówę!
- Chyba ci odpierdoliło!? Nie mogę ot tak sobie pożyczać cudzych pieniędzy!
Byłam naprawde zła. Ja tu z wyrzutami sumienia pożyczam pieniadze od mojej mamy na bilet, a ona ot tak żąda 100 złotych.
Paulina wpadła w histerię, zaczęła krzyczeć i płakać, jak to ją źle potraktowałam, jaka jestem zła i chamska. Rozglądałam się niepewnie po ludziach, czułam się ostatnią świnią, NO ALE BEZ PRZESADY! Co ona sobie myśli? Paulina gdzieś uciekła. Wszyscy zachowywali się tak, jakby wydarzyło się coś bardzo wstydliwego, zaczęłam się tłumaczyć, że przecież nie mogę rozporządzac jak chcę kartą mojej matki i z reszta nie oddam Paulinie calych swoich pieniędzy! Wszyscy jakoś tak mimochodem przytakiwali, Agnieszka powiedziała coś w stylu "No tak, tak...". Jakoś to nie poprawiło mi nastroju.

Impreza się skończyła. Razem z moimi ciotkami (które już od paru lat nie mieszkają u babci) odstawiałyśmy na miejsce fotele (których od jakiegoś czasu też już nie ma u babci). Powiedziałam Monice (po cichu), że słyszałam już o tym, że babcia odkładała od jakiegoś czasu pieniądze na nowe fotele i je kupiła, ale żeby dziadek nie wiedział, wszyscy mu wciskają, że to Monika im je kupiła (faktycznie tak jest). Okazało się, że siedzący w kuchni dziadek, na codzień głuchy jak pień, wszystko usłyszał i zaczął się awatnurować, że jak oni teraz te raty spłacą (nie było mowy o ratach...) i że są ważniejsze wydatki. Monika z Miłką wymieniły między sobą spojrzenia typu "No i masz!" i przestały się do mnie odzywać. Byłam kompletnie dobita. Najpierw sprawa z Pauliną, a teraz jeszcze narobiłam kłopotów własnej babci... Przepraszałam, mówiłam, że nie spodziewałam się, że głuchy dziadek cokolwiek dosłyszy z drugiego końca domu, Monika tylko machnęła ręką, żebym dała już spokój, bo niczego i tak już się nie odkręci. Chciałam jak najszybciej stamtąd iść. Poszłam na spacer.

22 listopada 2005

Bułhakow, chociaż niezupełnie rozumiał cele i mechanizm rewolucji, czuł odrazę do przeszłości...

Tekst z obwoluty Białej Gwardii wydanej w 1974 r.:
[...] Główny jednak problem, najgłębiej drażniący świadomość pisarza, to problem rewolucji, nieuniknionej klęski białogwardzistów, kontrrewolucji. Głęboko kochający Rosję i naród rosyjski Bułhakow, chociaż niezupełnie rozumiał cele i mechanizm rewolucji, czuł odrazę do przeszłości, do tego, co było w niej nieludzkie i godne pogardy. Równocześnie jednak starał się zrozumieć psychologię przeciwników rewolucji, motywów, które nimi kierowały. Był jednym z pierwszych pisarzy radzieckich, ukazujących nie jednostronnie, lecz w sposób psychologicznie pogłębiony tych "białych", którzy obiektywnie uczciwi i kochający swój kraj, zagubieni i bezradni w wirze przemian, czepiający się kurczowo dawnych pojęć i tradycji, nie umieją znaleźć wyjścia z sytuacji, w której się znaleźli.
Najgłębiej i najbardziej wszechstronnie przedstawia ten problem
Biała Gwardia, opowieść o tragicznych losach rodziny Turbinów, związanej z kontrrewolucją i skazanej na zagładę, i ukazująca jednocześnie tę część starej inteligencji rosyjskiej, która umiała dokonać wyboru i stanęła po stronie rewolucji.


Dla tych, którzy nie czytali - cytat z czytelnia.onet.pl:
Michaił Bułhakow nigdy nie zobaczył swojej książki wydrukowanej w ZSRR. W 1925 roku dwie części 'Białej Gwardii" ukazały się w czasopiśmie "Rosija", które następnie zostało zamknięte, a jego redaktor naczelny wysłany za granicę i o wydaniu powieści nie mogło być mowy.
Najpewniej dlatego, że Bułhakow pisał o ludziach prawych, szlachetnych, dla których coś znaczyły takie pojęcia, jak honor, przyzwoitość i wierność. To była jego rodzina, jego przyjaciele i na początku lat 20. wiedział już, co czeka i tych, którzy zostali w kraju, i tych, którym udało się uciec za granicę. Na motywach "Białej Gwardii" napisał sztukę "Dni Turbinów". W ZSRR wolno było ją grać tylko w Moskwie i tylko w jednym teatrze. Ukazało się kilkaset recenzji, z czego tylko trzy pozytywne, pozostałe mniej więcej takiej treści: "nic nie mówię przeciwko autorowi sztuki Bułhakowowi, który czym był, tym pozostanie: nowoburżuazyjnym pomiotem, bryzgający zatrutą, ale bezsilną śliną na klasę robotniczą i jej komunistyczne ideały". Jedna z najświetniejszych książek genialnego pisarza ukazała się w ZSRR po raz pierwszy w 1966 roku, 26 lat po Jego śmierci.

21 listopada 2005

Snuja by night 3 - O blond-barmanach w Południowej Ameryce

Jean Cocteau, Le Barman du Boeuf sur le Toit

Klimat jakiś taki chyba pod wpływem Borgesa.
Dawno mnie nic tak nie oburzyło...
Byłam w niewielkim miasteczku w Ameryce Południowej, w czasie jakiegoś festynu. Był sobie w pewnym miejscu bar ogródkowy, w którym sprzedawał długowłosy, uśmiechnięty blond-barman. Zamówiłam piwo. Facet nalał piwo, po czym dopełnił szklankę sokiem malinowym. Na co ja mówię, "zaraz, ale ja nie zamawiałam z sokiem!"
- No jak to?
- No nie!
- Piwo bez soku?!
- Ja nie lubię z sokiem, chcę bez soku!
- Ale bez soku to będzie takie gorzkie, bez smaku...
- No i dobrze, chcę gorzkie i bez smaku.
- Ale nie można pić bez soku!
- Ale nie może mnie pan zmuszać do picia z sokiem!!!
Z łaską wziął drugą szklankę i zaczął nalewać piwo. Rozmawiałam z Andrzejem, nie patrzyłam bezpośrednio na barmana, ale kątem oka wyłapałam, że stara się niepostrzeżenie znów dolać mi soku...
- No czemu mi pan znowu dolewa soku?! Ja nie chcę!
- Ale jak można pić piwo bez soku?!?!?!
Wkurzyłam się ostatecznie i poszłam sobie. Zauważyłam, że Andrzej pije zwykłe czyste piwo. Nie mogłam tego przepuścić - z nowym argumentem w dłoni pobiegłam do barmana.
- Mojemu koledze nalał pan piwo bez soku! Dlaczego mi nie?
Barman z uśmiechem na twarzy spojrzał na mnie wzrokiem Anny J. z mojego roku (czyli niewiele mówiącym i jeszcze mniej rozumiejącym)
- No co pani?! Mężczyźnie dawać piwo z sokiem?...
Ręce mi opadły i przez resztę snu z oburzeniem opowiadałam wszystkim na jakiego debila trafiłam w barze.

18 listopada 2005

Snuja by night 2 - O przewadze kota kundla nad jamnikiem szorstkowłosym



Przez pół nocy dziś biegałam na smyczy za jamnikiem szorstkowłosym o imieniu Artur, który lał wszędzie i biegał gdzie chciał, bo był tak silny, że nie byłam w stanie go zatrzymać. Kiedy udało mi się go wreszcie wywlec na zewnątrz oczywiście przestał. Wolę mojego kota. Leje krótko i konkretnie, i zawsze do kuwety.

Wspomnienie ze staaarej imprezy....

17 listopada 2005

Koniec

Skoro nie jestem już w Paryżu, zamykam tego bloga, a w każdym razie zawieszam do następnego wyjazdu :)
Tymczasem, ze specjalną dedykacją dla Agnieszki-Muzy-Mej, cos od czasu do czasu napisze na http://snujabynight.blogspot.com :)))

Snuja by night 1 - Zapewne dlatego, że nigdy nie leciałam samolotem


2 listopada 2005

Już w domu...

No i wróciłam :)