10 grudnia 2006

Snuja by night 35 -Kobiety na Wenus...


Razem z moją mamą kolonizowałyśmy Wenus. Z początku obawiałyśmy się, że będzie zbyt gorąco, żeby wyjść na zewnątrz bazy, ale po sprawdzeniu przyrządów pomiarowych doszłyśmy do wniosku, że można wyjść. Ba, nawet mogłyśmy zdjąć hełmy i spokojnie oddychać ciepłym wenusjańskim powietrzem! W oddali falowały wenusjańskie lasy, nad którymi dostojnie szybowały ogromne, fioletowe wenusjańskie ośmiornice.

22 listopada 2006

Snuja by night 34

Aga zaproponowała mi seks.
Zgodziłam się.
Agata nam odradzała.

18 listopada 2006

Snuja by night 33 - Krótki sen o zabijaniu...



Jechałam pociągiem. Wyglądałam przez okno: w tle powoli przesuwał się krajobraz, na bliższym planie pojawiały się zawieszone w przestrzeni obrazki. Widziałam jakieś tabliczki z napisami, których treści nie pamiętam, ale było tam coś negatywnego. Dookoła tabliczek było pełno drutu kolczastego - jego układ zmieniał się, jak w kalejdoskopie. W pewnym momencie wśród drutu pojawił się duży napis Sonderkommando.
Odwróciłam się. W całym przedziale było pełno drutu kolczastego - owijał siedzenia, otaczał okna, walał się po podłodze. Pod oknami siedzieli żołnierze w moro,w pełnym uzbrojeniu. Wieziono nas na front. Rozejrzałam się. Podeszłam do jednego, obok którego leżał mój karabin. Zaczęłam do niego mówić, że nie chcę mordować ludzi, że ta wojna jest jakaś dziwna i w zasadzie nie wiadomo przeciw komu, że będziemy mordować ludzi, którzy nie są naszymi wrogami, że w ogóle nie jestem chyba w stanie nikogo zabić.
Żołnierz, zadaje się, mnie rozumiał. Był moim przyjacielem. Przytulił moją głowę do piersi i głaskał mnie po włosach. Jego palce delikatnie dotykały mojej szyi dokładnie w miejscu gdzie pulsowała tętnica. Poczułam ukłucie. Malutka strzykawka zaczęła wtłaczać w moją tętnicę różowy płyn. Chciałam się wyrwać, ale ręka mocno trzymała moją głowę. W miejscu ukłucia rozchodziło się zimno i rozpierający ból.
Może faktycznie lepiej, że oszczędzono mi okropności wojny.

URODZINY

Cóż, trochę się spóźniłam, ale zapraszam na wirtualny tort z okazji pierwszych urodzin Snuji by night!


Pierwsza Snuja by night pojawiła się 17.11.2005 roku.

W sumie pojawiły się (łącznie z tym) 64 posty.
23 posty nie były bezpośrednio związane ze snami. W tym 2 posty dotyczyły obserwacji astronomicznych.
6 postów to tzw. drafts'y, wiec nie ma o czym mówić - podaję tylko, żeby rachunek się zgadzał
33 posty stanowiły sny, z czego:
- nr 4 pojawił się w dwóch odsłonach, z trzema dodatkami w postaci krwiożerczych laleczek
- nr 6 nigdy nie został opublikowany.
- nr 28, 29 i 30 pojawiły się pod wspólnym numerem
- IX jest snem cudzym i dlatego występuje pod własną nazwą
- w 2 przypadkach miałam problemy z prawem (nr 16 i 19)
- nr 31 i 32 nie są tak naprawdę by nightami

16 listopada 2006

Hi hi hi

A teraz spójrzcie, jak wyglądałam 20 lat temu, kiedy jeszcze byłam blondynką i miałam śliczny, prosty nosek! :D


Hi hi

A chcecie zobaczyć jakim ładnym dzieckiem byłam 10 lat temu?

IX

Tym razem mam dla Was coś zupełnie innego, choć z tej samej beczki. :)
Ten By night jest mniej więcej z 1980 roku, nie ma przy nim daty, tylko numer IX. Jest ich w zeszycie jedenaście. Ten Dziewiąty bardzo przypomina mi klimatem Pajęczynę Markowskiego, ale Pajęczyna jest późniejsza...
Tak, to właśnie ten zeszyt zainspirował mnie do spisywania snów. Hm... przy okazji przypomniało mi się, że powinnam mieć trochę snów w starych pamiętnikach... zajrzę tam...

Dom jest piekny, tylko stwarza dziwną atmosferę. Mieszka w nim małżeństwo z dorosłą córką. Ich psychikę, ich wewnętrzny świat zaczyna toczyć jakaś dziwna choroba. Narasta między trojgiem tych ludzi dziwne napięcie, rodzą się konflikty i nieporozumienia, które przeradzają się w niufność i w końcu w nienawiść. Troje ludzi zaczyna się na siebie czaić. Snują się po domu i obserwują.
Nadchodzi krytyczny moment. Matka sięga po mały nóż, bo coś jej nakazuje zadać ból córce. Jednak powstrzymuje się, jakby wraca do przytomności.
Wszyscy troje spoglądają na siebie nieufnie i wrogo.
Jest chwila, kiedy każde z rodziców stoi przed swoim lustrem jakby sprawdzając swój wygląd przed wyjściem. Wtedy córka podchodzi do matki od tyłu z ogromnym nożem, ich spojrzenia spotykają się na płaszczyźnie lustra, patrzą w odbicia swych twarzy. Matka widząc jej odbicie w lustrze krzyknęła, by dziewczyna się powstrzymała - ona się jednak przełamała i nie skrzywdziła jej. Córka jednak nie waha się i zadaje matce cios w plecy. Stara kobieta krzyczy. W tym momencie nadbiega ojciec, którego dziewczyna zabija jednym ciosem, po czym dobija matkę uderzeniem noża w piersi. Przez chwilę patrzy na leżących rodziców, po czym spokojną ręką podcina sobie tym samym nożem tętnicę na szyi ... Tak ma być. Stróżka krwi spływa po schodach do strumyczka, który płynie tuż koło domu.
Dom jest piękny. Stwarza tylko dziwną atmosferę. Mieszkam w nim razem z mężem i małą córeczką. Jest nam bardzo dobrze ze sobą. Kiedyś w słoneczny, ciepły dzień wykąpałam dziecko w strumieniu. I stała się rzecz dziwna. Córeczka posmutniała, zszarzała, jak różyczka, której podsypano do życiodajnej wody nieco trucizny. Kiedy chodzimy na spacer na łąki za strumyczkiem moja mała nie wchodzi do niego, zawsze go przeskakuje, jakby bała się zamoczyć w wodzie. Jest już dobrze, znowu jest wesoła i wraz z "Nim" cieszę się, że nasze dziecko wraca do życia.
Często koło naszego domu przechodzi dwoje starszych ludzi z młodą, piękną dziewczyną. Córeczka omija ich z daleka, a oni nigdy nie przekraczają strumienia. Instynktownie wyczuwam, że powinnam postępować jak moja mała, że ci ludzie i ta rzeczka stwarzają jakieś zagrożenie dla nas trojga. Młoda kobieta często wabi córkę pięknym uśmiechem chcąc jej dotknąć. Tak samo kot chodzący z tą trójką dziwnych ludzi stara się za wszelką cenę przyłasić do niej. Ale strumień jest dobrą przegrodą. Czuję, że styczność z nimi oznacza coś strasznego, a moje maleństwo wie to tym najlepiej.

14 listopada 2006

Każdy jest dla kogoś muzą...

... i ja też.


Autorem tego obrazu jest młodociany malarz z Turcji działający na deviancie jako r-ozgur
Po lewej stronie jestem ja :)

Greetings for you, r-ozgur!

10 października 2006

Snuja by night 32



Jezusmaria, a co teraz?!

8 października 2006

Snuja by night 31

Dziś rano odkryłam na plecach to:


Nie pamiętam, żebym budziła się w nocy. Nie pamiętam, żadnego snu. Wniosek nasuwa się tylko jeden: ZOSTAŁAM UPROWADZONA PRZEZ KOSMITÓW. Pod skórą zapewne mam teraz wszczepiony implant i już nigdy spokojnie nie przejdę koło bramki w supermarkecie... W miejscu implantu wypalili mi znak runiczny Algiz oznaczający obronę lub ochronę. W pierwszym momencie pomyślałam, że powinnam doszukiwać się specjalnego znaczenia w fakcie, że jest on do góry nogami, ale potem uświadomiłam sobie, że po prostu kiedy leżałam na stole operacyjnym, obcy pisząc znak musiał stać od strony głowy.
Od dziś mogę czuć się chroniona przez obcą cywilizację.

5 października 2006

Snuja by night 28 - Dzieci, dzieci, dzieci...


Śniło mi się, że Miłka urodziła bliźniaki - chłopca i dziewczynke. Chłopiec się cały czas darł, a dziewczynka była spokojna, ale za to mnie obsikała (MATKO, ile sie w takim dzieciaku mieści).

Wczoraj śniło mi się, że wyjechałam do Paryża, a kiedy wróciłam okazało się, że przez cały czas mama zajmowała się moim dzieckiem - niemowlakiem, chciała mi je oddać, ale ja go nie chciałam (wręcz oburzałam się - dlaczego miałabym się nim zajmować), ale jak mi je Andrzej wcisnął w ręce, przestało płakać i się do mnie przytuliło to jakoś tak mi się ciepło na duszy zrobiło.

A kilka dni temu śniło mi się, że Agata była w średnio zaawansowanej ciąży i najpierw rozradowana rzuciła się na podłogę krzycząc, że czuje jak się dziecko rusza. Później mówiła, że to dziewczynka, a potem, że lekarz jej mówił, że chłopiec. Czyli: albo chłopiec albo dziewczynka.

2 października 2006

Snuja by night 27

Ale miałam piiiękny sen.... miałam kupę miejsca na dysku D, a cały komputer śmigał aż miło....

30 września 2006

Ciekawostka historyczno-popkulturalna

W czasie któregoś tegorocznego pobytu w Paryżu Oyciec kupił u bukinisty kartkę pocztową z Mona Lisą. Mona Lisy były wtedy na fali ze względu na Kod Leonarda da Vinci. Ta pocztówka akurat warta jest swoich 13 €. Jest z 1913 r., czyli właśnie z tego, w którym Mona stała się taka sławna ponieważ odnaleziono ją po kradzieży w 1911.
Niejaki Pan J.David wysłał ją z Grenoble z życzeniami noworocznymi dla swoich przyjaciół opatrzoną następującym komentarzem:

Co można przełożyć mniej więcej tak:

Kochani Przyjaciele!

W końcu odnaleziono ukazaną tutaj biedną Giocondę, ale w jakim stanie, niestety!
Morał: nie należy nigdy ufać kobietom, nawet tym na starych obrazach.
Ale przynajmniej sobie popodróżowała...

(albo coś w tym stylu, potem są życzenia noworoczne, pozdrowienia od żony itd, itp.)

Jak widać, sława Dżiokondy już wtedy niewiele różniła się od dzisiejszej sławy Paris Hilton. Stała się znana, bo brała udział w skandalu i dużo się o niej mówiło. U nas sławie Paris i Lisy mógł, co najwyżej, dorównać swego czasu pewien guziec.

P.S. mężczyzna w lewym górnym rogu to Vincenzo Peruggia - facet, który ukradł obraz

20 września 2006

się tam miś nie widzi?!?

Miś jak w mordę!

Snuja in the morning...

Właśnie miałam badanie krwi. Typowe - okresowe. Przy okazji na waciku wyszedł mi MIŚ NA PATYKU:



ciekawe czy Andrzej wstawi na swojego bloga drzewko, które mu wyszło?...
ZAŁÓŻĘ SIĘ, ŻE NIE

19 września 2006

O, jeszcze jedno...

się uchowało...

Znów kobieta od biustu, co naciąga oczy:



Snuja się cieszy...

I to wcale nie sen. :)
Spędziłam bardzo miły wieczór, obfitujący w alkohol, pyszne ciasto i ciekawe nowości. Z niewielu zdjęć, które z zrobiłam, w miarę nieporuszone (bo byłam przez ten wieczór bardzo poruszona!) ostało się tylko jedno i tu je zaprezentuję.

Oto kobieta (jest śliczna - każdy przyzna) nad pustym kieliszkiem naciągająca psu biustem powiekę:



7 września 2006

Snuja by night 26 - O płukaniu złotych rybek...



Dostałam złote rybki. Było ich kilka, cztery albo pięć, każda w oddzielnym foliowym woreczku. Miałam je wypuścić do kuli-akwarium, ale woda była jakoś nieprzygotowana i mama poradziła mi, żebym na razie wsadziła je tam w woreczkach. Nie chciałam, żeby dobrał się do nich kot, więc kulę postawiłam na najwyższej szafie.

Potem śniłam o różnych rzeczach i zapomniałam o rybkach. Kiedy mi się przypomniały woda w kuli i w woreczkach była już co nieco przymętniała, a rybki ledwo żywe (nie znaczy to jednak, że pływały do góry brzuchami - o nie - miały nieprzytomne spojrzenie spod półprzymkniętych powiek i z rzadka poruszały wydętymi z niedotlenienia wargami). Natychmiast pobiegłam do kuchni - woreczki wyjęłam, a wodę z kuli wylałam i zmieniłam na świeżą, zimną. Woreczki po kolei rozrywałam i opłukiwałam każdą rybkę z osadu, szczególnie dokładnie płukałam pyszczki, żeby do skrzeli dostało się jak najwięcej wody, a potem wrzucałam spowrotem do kuli.

Dziwię się, że nie wpadłam na pomysł, żeby oskrobać je z kory i rozbić im młotkiem końcówki, bo potraktowałam je w sumie tak, jak traktuje się przywiędłe kwiatki.


PS. A poza tym śniło mi się, że Jarosław rzucił klątwę na Lecha, a że to jego bliźniak, to zadziałało i na samego Jarka, i odtąd Jarek przynosił pecha (m.in. przez niego kogoś na Rubinkowie przejechał samochód).

15 sierpnia 2006

Snuja by night 25 - Wróżba...

Najpierw upuściłam 2 złote. Kiedy schyliłam się żeby je podnieść, odkryłam na ziemi 5 eurocentow. Potem znajdowałam następne i następne miedziaki. Podnosiłam je i podnosiłam, aż przestały mi się mieścić w dłoniach i zaczęłam upychać je po kieszeniach. Za każdym razem, kiedy chciałam już wstać zauważałam następne miedziaki - a jak tu nie podnieść znalezionej monety. Według sennika:
Pieniądze zgubić - chwilowe zmartwienia z powodu kłopotów domowych.
Pieniądze znaleźć - drobne zmartwienia a później dużo radości.
Monety miedziane - rozpacz i fizyczne ciężary. Innymi słowy, widzę to tak:
1. Moi rodzice wracają, widzą jak mało mam napisane i robią mi taką awanturę jakiej jeszcze nigdy nie miałam (pieniądze zgubione).
2. Piszę, co trzeba i ostatecznie kończę magisterkę (pieniądze znalezione).
3. Monety są miedziane przez cały czas, więc ogólnie póki nie skończę czeka mnie rozpacz i fizyczne ciężary (bo książki swoje ważą).

Ładnie to sobie wytłumaczyłam?

6 sierpnia 2006

Snuja by night 24 - Koszmarny sen astronoma...


A dziś śniło mi się, że byłam w Lipnie. Miałam z tarasu obserwować kosmiczne obiekty. Widziałam niesamowicie szybko wirujące wokół Gwiazdy Polarnej niebo. Widziałam Wielki Wóz, a tuż obok niego ogromne Plejady. Pobiegłam czym prędzej po teleskop, myśląc sobie, że dziś gwiazdy wirują tak szybko, że trudno będzie za nimi nadążyć z teleskopem. A tu nagle zaczęło się beznadziejnie chmurzyć. Tylko co parę chwil widziałam przemykające w dziurach między chmurami pojedyncze gwiazdy. Byłam naprawdę zła.
Od tygodnia patrzę w niebo i jestem zła.

4 sierpnia 2006

FOTOBLOG Z WROCŁAWIA

a pod poniższym adresem umieszczam nasze zdjęcia z krótkiej acz miłej wyprawy do Wrocławia:

http://andrut.az.pl/fotoblog/index.php

29 lipca 2006

Zmiana dyzajnu

A tak sobie postanowiłam zmienić dyzajn z wiosennego na letni, bo pora już najwyższa. Oczywiście inspiracją była Muza Ma.

28 lipca 2006

Night by telescope 2

Wczorajsza noc była idealna. No prawie... może byłaby idealniejsza gdybym nie upuściła na balkonie jednej z zakrętek mocujących szukacz. Trzeba zorganizować nową, bo teraz jest trochę niestabilny... Jednak pod względem pogody było świetnie. Jak na Toruń niebo było niesamowite. No i w końcu poczyniliśmy swoje pierwsze obserwacje deep sky.
To dopiero początek...

27 lipca 2006

Muszę przyznać, że opis pogrzebu Iliuszy był dla mnie wstrząsający.

13 lipca 2006

11 lipca 2006

Snuja by night 23 - O mojej przewrotnej naturze...


Była jakaś impreza plenerowa. Ludzie kręcili się po różnych miejscach. Część siedziała w przedsionku jakiegoś kościoła. Była wśród nich Agnieszka z byłym-Tomkiem. Oboje byli kompletnie naćpani. Były-Tomek przyniósł ze sobą w charakterze przekąski tacę wypełnioną różnego rodzaju tabletkami, a oprócz tego prostokątną miskę z jakimś ćwierć-kilogramem kokainy. Byłam oburzona. Ochrzaniłam Age, bo po pierwsze, co ona robi z byłym-Tomkiem, a po drugie, chyba oszalała, żeby brać kokaine! Wyprowadziłam ją za ramię i rozpędziłam towarzystwo. Zostało trochę kokainy na stoliku. Wciągnęłam szybciutko. Mam nadzieję, że nikt nie widział.

18 czerwca 2006

W śmierci najbardziej smutne jest uświadomienie sobie nie samego odejścia a jego nieodwracalności. Żyje się dalej i na początku nawet nie wierzy, ale w końcu ta świadomość uderza. A potem znowu przestaje się wierzyć.

9 czerwca 2006

Snuja by night 22 - O tym, jak ciężko jest być Paris Hilton...

Moi rodzice byli właścicielami jakiegoś luksusowego hotelu w Warszawie. Mama inwestowała w akcje różnych firm, a ostatnio sprzedała je i zainwestowala w hotele. Troche to jak w Monopolu...

Trwała akurat powódź. Stan wody był wyjątkowo wysoki i miał jeszcze wzrosnąć. Podejrzewaliśmy, że zaleje przynajmniej dwa piętra hotelu. Trzeba było się spieszyć, bo woda za szklanymi głównymi drzwiami była już wysoka na metr i w każdej chwili drzwi mogły puścić. Biegaliśmy razem z całym personelem i staraliśmy się uratować chociaż część sprzętów przenosząc je na wyższe piętra. Przez powódź nie było prądu i nie można było nawet używać wind - łaziliśmy po bocznych schodach w te i we wte z krzesłami i innymi rzeczami. Byłam kompletnie spocona i w ogóle wykończona.

W hallu stała meblościanka mojej babci. Starałam się zebrać z niej wszystkie drobiazgi babci. Moi rodzice też tam się kręcili i zbierali różne rzeczy. Zauważyłam, że z premedytacją omijają te rzeczy, które babcia wiecznie nam wciska, a których nie chcemy: śliczne ciuchy z lumpeksu, ściereczki, cieplutkie futrzane kołnieżyki itp.

W końcu drzwi puściły. Woda zalała tylko parter. Pytałam, czy wiadomo jak wysoko woda ma się jeszcze podnieść, ale nikt nie wiedział. Mama stwierdziła, że skoro już i tak nie uratujemy nic więcej z parteru, to nic tu po mnie i lepiej żebym zajęła się pisaniem magisterki. Ponieważ już od jakichś 630 dni odczuwam galopujące wyrzuty sumienia z powodu mojego lenistwa, przytaknęłam cichutko i posłusznie poszłam pisać pracę. Ale to wcale nie takie proste! Bo mieszkałam w penthousie, jak już pisałam windy nie działały, a budynek miał ze 40 pięter. Przez reszte snu wspinałam się z wywieszonym językiem na najwyższe piętro hotelu moich rodziców...

8 czerwca 2006

Snuja by night 21 - O krwawych walkach w Ameryce Południowej...



Chciałam pokazać mojej mamie teleskop w Arecibo w google maps. Nie wiedziec czemy szukałam go w Wenezueli zamiast w Portoryko. Pewno dlatego nie znalazlam. Zjeżdżałam coraz niżej i niżej na dużym powiększeniu i nie mogłam znaleźć talerza. Wszystko było na żywo - widziałam dżunglę, miasta w których ludzie pracowali, spacerowali, rozmawiali. Przesuwałam się dalej na południe. Nagle najechałam na teren, który zalewała powódź. Z zachodu płynęły ogromne potoki wody zmieszanej z krwią, ludzie uciekali, topili się, krzyczeli. Przesunęłam kamerę w prawo, żeby zobaczyć skąd ten potop. Nagle pojawiy się kłęby dymu. Zmniejszyłam powiększenie, bo w tej skali zupełnie nie było widać, co się dzieje. Zobaczyłam, że cała północno-zachodnia część Ameryki płonie, a wiatr znosi gigantyczne kłęby dymu na południe. Pożar starano się ugasić ogromną ilością wody - stąd potop po wschodniej stronie. Zbliżyłam kamerę do jednego z zalanych miast. Było puste - ludzie gdzieś się pochowali. Patrzyłam na opuszczone targowisko. W kałużach widać było sączące się strużki krwi. Mogłam zrobić tak duże powiększenie, że widziałam dokładnie skrzynki z owocami zanurzone w wodzie. Zbliżyłam się tak bardzo, że znalazłam się tam. Tu i ówdzie przebiegali ludzie. Potop już się skończył, pożar był ugaszony, ale ciągle groziło nam jakieś niebezpieczeństwo. Trzeba było uciekać do jakiegoś zrujnowanego budynku.

Weszłam do środka z innymi. Wszyscy zaczęli krzyczeć. Miało się stać coś strasznego. Zobaczyłam przez stłuczone szyby jasne światło. Po chwili nadszedł ogłuszający, dziwny hałas. Zrzucono bombę atomową. Skuliliśmy się i czekaliśmy aż wszystko się uspokoi. Dziwiłam się, skąd bomba? Przecież tu był pożar, a nie wojna. Ktoś mi wytłymaczył, że jednak jest wojna domowa i większość zniszczeń jest właśnie z tego powodu. Mieliśmy zejść do podziemia po jakichś zdezelowanych metalowych schodach. Ludzie napierali z tyłu, konstrukcja schodów groziła zawaleniem. Krzyczałam, żeby się uspokoić i wchodzić po kolei ale tłum napierał coraz bardziej. Nie mogłam się już wycofać, więc postanowiłam biec przodem. Zbiegałam po rozchwianych stopniach i platformach mając nadzieję, że to wszystko na mnie za moment nie runie. Zeskakiwałam z platformy na platformę. Nagle, kiedy byłam już prawie na samym dole z ciemności na dnie wyskoczyła na mnie lwica. W ostatniej chwili wspięłam się wyżej. Zauważyłam drzwi. Za drzwiami było coś w stylu zrujnowanego muzeum - duże sale w amfiladowym układzie. Byli tam jacyś ludzie. Weszłam tam z grupką tych, którzy szli ze mną. Rozmawiałam z przywódcą ludzi z sali - okazało się, że zajeli jedną z nich i tam bronią się przed dzikimi bestiami, które ich atakują. Zostaliśmy z nimi. Zauważyłam, że jestem bosa. W sali, w której się gnieździła nowa grupa było pełno butów - pozostałości po tych, którzy zginęli - wybrałam sobie parę trampek. Nagle ktoś pilnujący w sali obok wszczął alarm - pojawił się jaguar. Wołałam go, żeby przybiegł, żebyśmy mogli się zamknąć. Ale on szedł berdzo wolno, a kiedy już był pod drzwiami nie wiadomo po co zawrócił. No i jaguar go dopadł. Nie było już na co czekać. Zatrzasnęłam drzwi i trzymałam klamkę. Po rozszarpaniu strażnika jaguar zaczął się rzucać na drzwi. Okazało się, że to zwykłe blokowe drzwi z wielką szybą - kot rozbił ją i wpadł do środka. Złapałam jakiś kij i starałam się go przebić w końcu udało mi się go pociąć odłamkami szyby. Po walce okazało się, że mam w ustach pełno odłamków szkła, a jeden całkiem duży wbity w podniebienie. Ktoś pomógł mi je wyciągnąć.

Kiedy już było po wszystkim postanowiliśmy się lepiej przygotować w razie następnego ataku. Zaczęliśmy ostrzyć kije na dzidy. Każdy kij, który starałam się naostrzyć miał miękką, wyginającą się i rozłażącą końcówkę, za każdym razem okazywało się, że to wielki pędzel. W końcu dałam za wygraną i zamiast ostrzyć mocowałam na kijach za pomocą szmat odłamki potłuczonej szyby. Rozdałam oszczepy i przedstawiłam przywódcy drugiej grupy plan - jako pogromca jaguara byłam największym wojownikiem, więc przygotowywałam sposób obrony :). Wiadomo było, że nastąpnym razem przyjdą całym stadem. Trzeba było się spieszyć. W krótce przyszły, a raczej przyszli, bo byli ludźmi-bestiami-dzikimi-kotami. Wyglądali jak zwyczajni ludzie, to była raczej tylko świadomość, że są dzikimi kotami. Wśród nich była królowa-jaguarzyca, którą miałam zaatakować z ukrycia - potem walka miała już być łatwiejsza. Królowa zapytała, gdzie jest zabójca jaguara, z którym ma walczyć. Jakaś debilna laska zawołała zadowolona z siebie: TU! Tu!

Cały plan wziął w łeb. Zaczęła się chaotyczna, krwawa bitwa! W międzyczasie udało mi się zamordować królową! Nagle przeciwnicy wycofali się. Po prostu uciekli. Opatrywaliśmy rany i omawialiśmy bitwę, kiedy przyszedł jaguar-poseł. Powiedział, że ponieważ uzyskaliśmy w bitwie przewagę, jaguary odstępują nam dwie sale obok naszej. I poszedł. Ludzie zaczęli się cieszyć i rozbiegli się bez sensu. Zrozumiałam, że jaguary prowadzą z nami jakąś dziwną grę, że tym bardziej trzeba się zorganizować, pilnować przejść, bo na pewno wrócą. To była jakby gigantyczna gra w szachy, gdzie każda sala była polem, każda bitwa jednym ruchem. Starałam się zwołać ludzi, zorganizować straże, lepszą broń. Weszłam na jakiś stół i starałam się przekrzyczeć tłum.Bezradnie spojrzałam na kogoś stojącego obok.

- Oni nie chcą już cię słuchać.

2 czerwca 2006

Snuja by night 20

Tak smutno dziś było. Tunia, tak jak Tupot - wskoczyła na poręcz balkonu, ale że nie miała kocich łapek tylko psie, spadła i połamała sobie kręgosłup. Ciągle za nią tęsknię.

19 maja 2006

27 marca 2006

I znów, kto czytał ten wie...

Przystąpiłem do lady i z udaną flegmą poprosiłem o sepulkę.
- Do jakiego sepulkarium? - spytał sprzedawca, opuszczając się ze swego wieszaka.

- No, do jakiego... do zwyczajnego - odparłem.
- Jak to do zwyczajnego? - zdziwił się. - Prowadzimy tylko sepulki z odświstem...

- No więc poproszę o jedną...

- A gdzie ma pan kacież?

- E, mhm, nie mam przy sobie...

- No więc jak pan ją weźmie bez żony? - powiedział sprzedawca, patrząc na mnie badawczo. Mętniał powoli.

- Nie mam żony - wyrwało mi się nieopatrznie.

- Pan... nie ma... żony...? - wybełkotał sczerniały sprzedawca, patrząc na mnie z przerażeniem - i pan chce sepulkę...? Bez żony...?

24 marca 2006

Snuja by night 19 - Przestępstwo (ot, wykroczonko...), proces, wyrok...

Na moim wydziale był jakiś pokazowy wykład. Wybrałyśmy się tam z dziewczynami. Nad zwykłym wejściem były wielkie kamienne schody prowadzące od razu na drugie piętro, do sali Tymona. Szłyśmy do góry, tuż za mną słyszałam kroki Agnieszki (tak - to wkład MuzyMej w ten sen!). W pewnym momencie przestałam słyszeć kroki - odwróciłam się i odkryłam, że jestem na schodach sama. Zlazłam spowrotem i okazało się, że dziewczyny postanowiły jeszcze nie wchodzić i pogadać na dole. Wkurzyłam się, że nikt mnie nie zawołał, tylko tak po prostu mnie olaly. Ustawiłyśmy się w długiej kolejce do głównego wejścia. Było tak pełno przeróżnych ludzi - m.in. kabanów z szyjami szerszymi od głowy - nawet trochę się dziwiłam nawet, że tacy chcąiść na wykład historyczno-sztuczny. Znowu odkryłam, że jestem sama. Nie mogłam nigdzie znaleźć dziewczyn. Zrobiło mi się smutno, że mają mnie gdzieś i odechciało mi się wykładu. Postanowiłam iść do domu.
Po drodze wzięłam taksówkę. To był nowoczesny typ taksówki - bez kierowcy, na autopilota. Przy okazji można było sobie tą taksówką podwieźć do domu choinkę, więc wzięłam jedną. Taksówka wysadziła moją choinkę kilka domów wcześniej niż powinna, po czym zawróciła, i zatrzymała się dwie ulice dalej. Kobieta-komputer z autopilota zaczęła mi dawać wskazówki jak GPS, którędy najłatwiej dotrę do choinki i doniosę ją do domu. To mnie kompletnie rozwścieczyło - najpierw porzucają mnie najlepsze przyjaciółki, potem taksówka wozi mnie gdzie chce. Przesiadłam się na miejsce kierowcy i z piskiem opon ruszyłam w stronę domu. Byłam tak zła, że nawet nie poprawiłam lusterek i nie widziałam czy skręcając nie wjeżdżam komuś pod koła. Wjechałam w moją ulicę zahaczając o chodnik, minęłam pieprzoną choinkę i zaczęłam hamować dopiero pod moim domem. Okazało się, że hamulce były jakieś słabe, bo udało mi się zatrzymać dopiero na placyku na końcu ulicy. Ciągle wściekła, zaciągnęłam ręczny i zebrałam swoje rzeczy, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że to sen. Postanowiłam w związku z tym dać upust wściekłości i zrobić choćby małą stłuczkę - ustawiłam samochód w stronę ulicy, zwolniłam ręczny hamulec i wysiadłam. Poszłam w stronę domu, jak gdyby nigdy nic. Taksówka zeczęła powoli staczać się w dół. Uderzyła w zaparkowany sportowy samochód. Myślałam, że na tym się skończy, ale taksówka coraz bardziej się rozpędzała, miażdzyła kolejne samochody, przekoziołkowała szczęśliwie nad niebieskim maluchem i dalej siała spustoszenie, aż w końcu zatrzymała się na Fałata. zaraz podbiegli tam ludzie, sprawdzić, czy coś się stało kierowcy, wyły wszędzie alarmy samochodów. Przestraszyłam się, że będzie trzeba zapłacić za te samochody duuuże odszkodowania...



Nie wytarłam odcisków palców z kierownicy, więc wiedziałam, że mi się nie upiecze. Weszłam do domu. Od razu powiedziałam rodzicom:
- Muszę, się wam do czegoś przyznać....
- To ma coś wspólnego z tym samochodem, o którym mówią w telewizji?

No to wpadłam kompletnie. Zaczęłam im tłumaczyć, że wydawało mi się, że to sen, a teraz okazało się, że to się dzieje naprawdę.
Zadzwonił dzwonek. Przyszły dwie niezbyt młode i zadbane kobiety - bliźniaczki prowadzące sprawę taksówki, a może to były jakieś prokuratorki albo adwokatki... (wyglądały zupełnie jak dziś wybrana rzeczniczka praw dziecka z LPR! tylko każda ze dwa razy grubsza). Rozsiadły się w dużym pokoju i zaczęły mnie przesłuchiwać.
- Czy to pani rozbiła ten samochód?
- Tak, to ja. - odpowiedziałam
- Zaraz, zaraz, spokojnie, nie musi się pani od razu tak przyznawać, może była pani wtedy gdzie indziej? - pomyślałam sobie, że to straszne w tym polskim sądownictwie, że zamiast dochodzić prawdy chodzi tylko o to, żeby dobrze kręcić. Nie chciałam kręcić.
- Ale to naprawdę byłam ja...
- No dobrze, i tak wiadomo, że to pani, bo taksówka była zamówiona na ten adres. A teraz musimy się naradzić.
Zamknęły się w pokoju. Słyszałam, jak mówiły, że za coś takiego zamyka się na modły i pokutę w klasztorze. Zaczęłam panikować - jak to w klasztorze? ja do klasztoru?! ja wolę do więzienia! Mówiłam mamie, że trudno - i tak będę skazana, bo wiadomo, że to ja - może nie dadzą mi dużo, ale niech to będzie więzienie. Szkoda mi było tylko, że potem nigdy nie będę mogła pojechać do USA ani Japonii... Nie żałowałam tego, co zrobiłam - w sumie nikomu nic się nie stało, a ja musiałam jakoś wyładować gniew. Bałam się za to konsekwencji. Nie chciałam iść do więzienia. Bałam się, że wyślą mnie tam na długo. Czułam się, jak dziecko, które poważnie nabroiło w czasie miłej zabawy. Bliźniaczki mówiły, że trudno mi się będzie postarać o łagodny wyrok, bo opinia publiczna jest bardzo surowa, wszyscy są przeciwko mnie i sędzia będzie musiał się z tym liczyć.
W końcu zaczął się proces. W zasadzie to samo wygłoszenie wyroku. Sędzia, a dokładnie dwie panie sędzie (czy jak je nazwać) oczywiście mnie skazały i wydały wyrok. Nie był chyba, aż tak wysoki, 2 miesiace, a może 2 lata... Ale zaczęłam na nie krzyczeć, że za cięższe przestępstwa daje się wyroki w zawieszeniu! i w ogóle nie brały pod uwagę okoliczności łagodzących! bo ja akurat miałam atak depresji! i manii! i myślałam, że to sen! Na to sędzia wyciągnęła jakiś tam kodeks, pokazała jakieś paragrafy i kazała się zamknąć, bo gdyby chciała, to by mi zasądziła jeszcze większy wyrok. No to się zamknęłam. Dostałam wyrok wydrukowany na jakimś świstku i wyszłam na korytarz. Było tam pełno ludzi. Ciągle nie wiedziałam, czy dostałam więzienie czy klasztor. Nakrzyczałam bez powodu na Andrzeja. Wkurzył się na mnie, że się tak awanturuję. No co, kurrrrr.... nerwowy dzień w końcu miałam! Potem pokazałam wyrok Ani. Miał oznaczenie W132, które miało wszystko wyjaśniać, ale zanim Ania się temu przyjrzała obudziłam się. Z ulgą.

17 marca 2006

Jak wiosna nie chce przyjść do Mahometa...

... to Mahomet se zrobił wiosnę na blogu.

A tak swoją drogą, to słyszałam plotki, że Kaczyński w tym roku odwołał wiosnę...

Snuja by night 17 - Miejscami bajka staropolska...


Początek jest trochę niewyraźny... Skądś, przed kimś uciekałam. To było na jakimś wgórzu, uciekałam chyba z jakiegoś zamku, albo miasta na granicy Niemiec z Francją. Ktoś biegł za mną, ale mnie nie gonił, zaczęliśmy uciekać razem. Były dwie drogi, jedna w lewo, prowadziła w dół wzgórza, a potem skręcała jeszcze raz w lewo i ciągnęła się u jego stóp, druga w prawo, w górę. On chciał uciekać w dół, ja w górę. Tłumaczyłam mu, że kiedy zejdziemy na dół, będziemy cały czas widoczni przez tych, którzy nas gonią. Zauważyliśmy drogę, która prowadziła prosto przez las i tam poszliśmy. Powiedział, że trzeba się spieszyć, bo niedługo zaczną latać chrabąszcze. Oj, tego chciałam uniknąć. Pobiegliśmy drogą i w końcu znależliśmy się u stóp wzgórza. Dalej były pola. Na granicy pól i lasu droga ciągnęła się dalej. Poszliśmy. Przy polnym rowie coś się poruszyło w krzakach. Na drogę pochyliła się gałąź paproci. Zrozumieliśmy. Właśnie zaczął kwitnąć kwiat paproci! Trzeba było się pospieszyć i wypowiedzieć nad otwartym kwiatem życzenie (ah ja, wychowana na ruskich bajkach... a może ta była staropolska... w każdym razie w bajce chyba było trochę inaczej), zanim dobiegliśmy, na naszych oczach kwiat otworzył się i natychmiast przekwitł. Obok zauważyliśmy drugą rozkwitającą paproć, pojawiła sie jakaś trzecia osoba, która się z nami szarpała, ale udało mi się dopaść kwiatka i pomyśleć nad nim życzenie. Czego sobie życzą w bajkach? Ano garnka złota! Po złożeniu obowiązkowego życzenia posiadania garnka złota ruszyliśmy dalej swoją drogą. Chyba w trójkę, chociaż mam wrażenie, że nawet w czwórkę.

Zaczęło się sciemniać (ciągle miałam w pamięci chrabąszcze, więc marzyło mi się dotrzeć do jakichś zabudowań na nocleg). Na horyzoncie zobaczyliśmy jakąś wioskę. Kiedy do niej dotarliśmy zobaczyliśmy wielki, gotycki kościół. Cały korpus był obudowany ciemnym szkłem - jak biurowiec, tylko od zachodu wieża i portal były odsłonięte. Szkło nie było do końca lustrzane, więc było trochę widać, co jest pod spodem. Skojarzyłam sobie, że TAAAK, jest takie polskie miasteczko ****** (pojęcia nie mam, co powiedziałam), w którym jest taki kościół. W przekonaniu umocnił mnie widok ruin romańskiego kościoła, które zobaczyliśmy dalej (tak na prawde te ruiny pamiętam z innego, starego snu!). Szliśmy przez wioskę szukając miejsca, gdzie możnaby zapytać o nocleg. Po drodze minęliśmy pocztę. A więc myliłam się - na tabliczce przeczytaliśmy, że to wcale nie ******, a Półtusk. Pomyslałam sobie - ale numer - miejsce, gdzie znajduje się jedna z najlepszych humanistycznych uczelni w Polsce to kryta strzechą wioska rodem z XIX w. Zapukaliśmy do jakichś drzwi. Otworzył nam zakonnik. Okazało się, że wszystko wokół nas to różne zabudowania klaszorne. Bardzo chętnie nas przyjął. Powiedział do mnie niezbyt wyraźnie:
- Rzeczy możecie zostawić w farze.
- Słucham?? - zapytałam. Fara to miejski kościół, zazwyczaj przy rynku, trudno tam było o taki. Nie byłam pewna czy dobrze zrozumiałam.
- Rzeczy możecie zostawić w farze. - wymamrotał
- Jeszcze raz....
- RZECZY MOŻECIE ZOSTAWIĆ NA MOIM FORUM. - powiedział wreszcze wyraźnie.
Dużo to nie wyjaśniło... Ale okazało się, że faktycznie, dalej było przejście na podwórze w stylu miniaturowego rzymskiego forum. Stał tam już nasz koń z wozem (!), którym, jak powiedzieli, przyjechaliśmy. Jakaś kobieta pracująca w klasztorze miała nas zaprowadzić tam, gdzie mieliśmy spać. Obawiałam się, że każe nam spać na romańskich ruinach - było oczywiste, że tam kręcą się w nocy upiory! Jednak mieliśmy spać gdzieś indziej. Na razie zaproszono nas na obiad (jakoś już nie był wieczór, a środek dnia). Potem kobieta zaproponowała mi, że oprowadzi mnie po ruinach. Ruiny były zalane wodą. Założyłysmy maski tlenowe i pływałyśmy ogladając kamienie. Patrzyłam na to z zewnątrz. Widziałam siebie, jak płynąc tuż przy dnie odpycham się ręką od kupki gruzu. Potrąciłam w ten sposób jakiś kamień, który spadł z innego. Na tym innym wyryty był znak krzyża, który, kiedy tylko został odkryty, zaczął świecić niebiesko-zielonym światłem.

Nagle ziemia zaczęła się trząść, ruiny sypały się, przez środek pojawiło się pęknięcie, które zaczęło się poszerzać. Do wnętrza wpadały kamienie. Ze środka ziemi zaczęła wysuwać się jakaś maszyneria, widziałam wielkie koła zębate. Wypuściłam średniowieczne demony uwięzione w ruinach...

1 marca 2006

Snuja by night 16 - Mój proces...

Coś tam się działo, po coś łaziłam po Luwrze. Nagle zostałam zatrzymana. Okazało się, że byłam podejrzana o udział w jakiejś kradzieży dzieł sztuki. Postawiono mnie przed sądem. Wszystko szło dobrze, adwokat tłumaczył, że nic złego nie zrobiłam, wszystko było takie logiczne i oczywiste. W końcu sędzia wydał wyrok. Kara śmierci.

Dziewczyny, kończcie szybko te studia, potrzebuję dobrych adwokatów...

11 lutego 2006

Powiedzmy, że Snuja by night 15 - Ciężkie czasy dla by nightów...

Jakoś ostatnio trudno mi zrobić by nighta. Nie umiem złożyć snów w jako taką całość, żeby to się nadawało do czytania. Dziś mi wyjątkowo szkoda, bo co sen budziłam się, ale nie do końca, i chociaż sny nie miały ze sobą związku, mialam poczucie, że każde wybudzenie się jest przejściem w inny wymiar (np. za pomocą dziwnej łukowatej autostrady kończącej się gdzieś wysoko...). Szkoda mi, że nie pamiętam dokładnie, bo jeden ze snów był naprawdę niesamowity... było coś o tym, że ludzie żyją w podziemiach, kryjąc się przed jakimiś stworami, które opanowały świat. Miało to w sobie coś z Matrixa... Kiedy te stwory się pojawiały, trzeba było przykryć się jakąś płachtą, oddychać przez maskę tlenową i się nie ruszać - wtedy niczego nie zauważały. Przywódcą ludzi, których znalazłam był Jack z Zagubionych (chyba się tego ostatnio za dużo naoglądałam...) :). Sen ciągnął się długo, docieraliśmy do różnych podziemi, zbieraliśmy rozproszonych ludzi, czasem jakby chodziliśmy po Luwrze. Walczyliśmy ze stworami (ktore, jak się okazało, były strasznie miękkie i łatwo się łamały) i z czymś w stylu psów tropiących tych stworów - z wielkimi pluszowymi maskotami (jak Boga kocham - parę razy to był wielki, żółty ptak z Ulicy Sezamkowej), które jednak były bezdennie głupie i łatwe do oszukania. Działo się bardzo dużo, ale jakoś nie potrafię tego konkretnie opisać, pamiętam tylko urywane sceny, jakieś walki ale nie klei mi się to w akcję... a tak fajnie było...

19 stycznia 2006

Kto czytał ten wie

O Mojżeszu

Córka władcy - faraona
woła smutno i wesoło,
że w koszyku krytym smołą
płacze dzieciak z pupą gołą.


mój ulubiony wierszyk z dzieciństwa...

18 stycznia 2006

Snuja by night 14 - O tym, jak uśmiech Mony Lizy miał pokonać kosmitów...


Ziemię napadli kosmici. Po niebie latało tak dużo statków kosmicznych w tak przeróżnych formach, że nie byłam pewna, czy kosmici napadają Ziemię, czy tylko na naszym niebie walczą między sobą mordując przy okazji ludzi. Zabitych ludzi rzucali na kupę. Niedaleko stosu ludzi były pudła w których leżały zrobione z ludzi rękawiczki, maski i kurtki. Kurtki nie były zrobione z ludzi, tylko z kolorowych czasopism. W te stroje przebierali się obcy. Postanowiłam przebrać się jak oni, żeby nie zostać zabitą. Założyłam maskę i niedużą kurteczke z "Faktu". Nagle zaczepił mnie kosmita. Kazał mi oddać kurtkę. Przestraszyłam się, że zostałam zdemaskowana, ale okazało się, że nie, chciał się tylko zamienić. Wziął moją malutką kurteczkę z "Faktu", a wzamian za to dał mi wielką kurtę z "Super Expresu". Był sporo większy ode mnie, więc wyglądał debilnie w mojej przyciasnej kurtce.
Spotkałam Oyca. Miał pomysł, jak pokonać kosmitów: wystarczyło kupić na jakimś pobliskim straganie reprodukcję Mony Lizy i wysłać ją do nich jako pocztówkę. To miało załatwić sprawę. Kupiliśmy kartkę (60 złotych!!! skandal!!!) i Oyciec pobiegł gdzieś, żeby ją wysłać. Ja czekałam na niego na jakimś placu. Były tam knajpiene ogródki, usiadłam przy jednym ze stolików. Na przeciwko mnie jakaś pani w średnim wieku spokojnie piła sobie kawę w toważystwie kosmitki w równie średnim wieku. Obie miały zawieszone na szyjach maski. Przypomniało mi się, że kiedy kupowałam Monę Lizę, zdjęłam swoją, więc szybko założyłam ją spowrotem licząc na to, że nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Kosmitka spojrzała na mnie i powiedziała:
- No, dobrze, że pani założyła tę maskę. Bo dla nas wasze ludzkie twarze są przerażające. Widzimy wszystkie wasze myśli i nie możemy znieść ich widoku...
Spojrzałam na nią w szoku kompletnym:
- To nie mogliście nam powiedzieć, zamiast od razu nas mordować?!?! Nosilibyśmy przy was te maski, skoro nie możecie na nas patrzeć!!!
Kosmitka zamyśliła się:
- Hm... no może faktycznie mogliśmy was o tym poinformować...

6 stycznia 2006

Snuja by night 13 - O mojej 12-to kołowej ciężarówce...


Tankowałam na stacji benzynowej E95 do mojej wielkiej ciężarówki. Zauważyłam jakiegoś gościa przy zaparkowanym z boku maluchu (naprawdę, fakt, że to był maluch srebrny metalic nie ma żadnego znaczenia - to nie był żul!). Był całkiem przystojny i w ogóle fajny, chociaż nie pamiętam jak konkretnie wygladał. No i jakoś tak od spojrzenia do spojrzenia... i zaczeliśmy się kochać w myjni w strugach gorącej wody.
A potem nakrył nas jakiś policjant. Aresztował za sianie zgorszenia w miejscu publicznym, ale przy okazji nie krył się z faktem, że jeśli się z nim bzyknę, to sprawy nie będzie. Sprytnie wykorzystałam sytuację i nagrałam wszystko na dyktafon, a potem użyłam przeciwko niemu w sądzie.