11 lutego 2006

Powiedzmy, że Snuja by night 15 - Ciężkie czasy dla by nightów...

Jakoś ostatnio trudno mi zrobić by nighta. Nie umiem złożyć snów w jako taką całość, żeby to się nadawało do czytania. Dziś mi wyjątkowo szkoda, bo co sen budziłam się, ale nie do końca, i chociaż sny nie miały ze sobą związku, mialam poczucie, że każde wybudzenie się jest przejściem w inny wymiar (np. za pomocą dziwnej łukowatej autostrady kończącej się gdzieś wysoko...). Szkoda mi, że nie pamiętam dokładnie, bo jeden ze snów był naprawdę niesamowity... było coś o tym, że ludzie żyją w podziemiach, kryjąc się przed jakimiś stworami, które opanowały świat. Miało to w sobie coś z Matrixa... Kiedy te stwory się pojawiały, trzeba było przykryć się jakąś płachtą, oddychać przez maskę tlenową i się nie ruszać - wtedy niczego nie zauważały. Przywódcą ludzi, których znalazłam był Jack z Zagubionych (chyba się tego ostatnio za dużo naoglądałam...) :). Sen ciągnął się długo, docieraliśmy do różnych podziemi, zbieraliśmy rozproszonych ludzi, czasem jakby chodziliśmy po Luwrze. Walczyliśmy ze stworami (ktore, jak się okazało, były strasznie miękkie i łatwo się łamały) i z czymś w stylu psów tropiących tych stworów - z wielkimi pluszowymi maskotami (jak Boga kocham - parę razy to był wielki, żółty ptak z Ulicy Sezamkowej), które jednak były bezdennie głupie i łatwe do oszukania. Działo się bardzo dużo, ale jakoś nie potrafię tego konkretnie opisać, pamiętam tylko urywane sceny, jakieś walki ale nie klei mi się to w akcję... a tak fajnie było...