27 marca 2006

I znów, kto czytał ten wie...

Przystąpiłem do lady i z udaną flegmą poprosiłem o sepulkę.
- Do jakiego sepulkarium? - spytał sprzedawca, opuszczając się ze swego wieszaka.

- No, do jakiego... do zwyczajnego - odparłem.
- Jak to do zwyczajnego? - zdziwił się. - Prowadzimy tylko sepulki z odświstem...

- No więc poproszę o jedną...

- A gdzie ma pan kacież?

- E, mhm, nie mam przy sobie...

- No więc jak pan ją weźmie bez żony? - powiedział sprzedawca, patrząc na mnie badawczo. Mętniał powoli.

- Nie mam żony - wyrwało mi się nieopatrznie.

- Pan... nie ma... żony...? - wybełkotał sczerniały sprzedawca, patrząc na mnie z przerażeniem - i pan chce sepulkę...? Bez żony...?

24 marca 2006

Snuja by night 19 - Przestępstwo (ot, wykroczonko...), proces, wyrok...

Na moim wydziale był jakiś pokazowy wykład. Wybrałyśmy się tam z dziewczynami. Nad zwykłym wejściem były wielkie kamienne schody prowadzące od razu na drugie piętro, do sali Tymona. Szłyśmy do góry, tuż za mną słyszałam kroki Agnieszki (tak - to wkład MuzyMej w ten sen!). W pewnym momencie przestałam słyszeć kroki - odwróciłam się i odkryłam, że jestem na schodach sama. Zlazłam spowrotem i okazało się, że dziewczyny postanowiły jeszcze nie wchodzić i pogadać na dole. Wkurzyłam się, że nikt mnie nie zawołał, tylko tak po prostu mnie olaly. Ustawiłyśmy się w długiej kolejce do głównego wejścia. Było tak pełno przeróżnych ludzi - m.in. kabanów z szyjami szerszymi od głowy - nawet trochę się dziwiłam nawet, że tacy chcąiść na wykład historyczno-sztuczny. Znowu odkryłam, że jestem sama. Nie mogłam nigdzie znaleźć dziewczyn. Zrobiło mi się smutno, że mają mnie gdzieś i odechciało mi się wykładu. Postanowiłam iść do domu.
Po drodze wzięłam taksówkę. To był nowoczesny typ taksówki - bez kierowcy, na autopilota. Przy okazji można było sobie tą taksówką podwieźć do domu choinkę, więc wzięłam jedną. Taksówka wysadziła moją choinkę kilka domów wcześniej niż powinna, po czym zawróciła, i zatrzymała się dwie ulice dalej. Kobieta-komputer z autopilota zaczęła mi dawać wskazówki jak GPS, którędy najłatwiej dotrę do choinki i doniosę ją do domu. To mnie kompletnie rozwścieczyło - najpierw porzucają mnie najlepsze przyjaciółki, potem taksówka wozi mnie gdzie chce. Przesiadłam się na miejsce kierowcy i z piskiem opon ruszyłam w stronę domu. Byłam tak zła, że nawet nie poprawiłam lusterek i nie widziałam czy skręcając nie wjeżdżam komuś pod koła. Wjechałam w moją ulicę zahaczając o chodnik, minęłam pieprzoną choinkę i zaczęłam hamować dopiero pod moim domem. Okazało się, że hamulce były jakieś słabe, bo udało mi się zatrzymać dopiero na placyku na końcu ulicy. Ciągle wściekła, zaciągnęłam ręczny i zebrałam swoje rzeczy, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że to sen. Postanowiłam w związku z tym dać upust wściekłości i zrobić choćby małą stłuczkę - ustawiłam samochód w stronę ulicy, zwolniłam ręczny hamulec i wysiadłam. Poszłam w stronę domu, jak gdyby nigdy nic. Taksówka zeczęła powoli staczać się w dół. Uderzyła w zaparkowany sportowy samochód. Myślałam, że na tym się skończy, ale taksówka coraz bardziej się rozpędzała, miażdzyła kolejne samochody, przekoziołkowała szczęśliwie nad niebieskim maluchem i dalej siała spustoszenie, aż w końcu zatrzymała się na Fałata. zaraz podbiegli tam ludzie, sprawdzić, czy coś się stało kierowcy, wyły wszędzie alarmy samochodów. Przestraszyłam się, że będzie trzeba zapłacić za te samochody duuuże odszkodowania...



Nie wytarłam odcisków palców z kierownicy, więc wiedziałam, że mi się nie upiecze. Weszłam do domu. Od razu powiedziałam rodzicom:
- Muszę, się wam do czegoś przyznać....
- To ma coś wspólnego z tym samochodem, o którym mówią w telewizji?

No to wpadłam kompletnie. Zaczęłam im tłumaczyć, że wydawało mi się, że to sen, a teraz okazało się, że to się dzieje naprawdę.
Zadzwonił dzwonek. Przyszły dwie niezbyt młode i zadbane kobiety - bliźniaczki prowadzące sprawę taksówki, a może to były jakieś prokuratorki albo adwokatki... (wyglądały zupełnie jak dziś wybrana rzeczniczka praw dziecka z LPR! tylko każda ze dwa razy grubsza). Rozsiadły się w dużym pokoju i zaczęły mnie przesłuchiwać.
- Czy to pani rozbiła ten samochód?
- Tak, to ja. - odpowiedziałam
- Zaraz, zaraz, spokojnie, nie musi się pani od razu tak przyznawać, może była pani wtedy gdzie indziej? - pomyślałam sobie, że to straszne w tym polskim sądownictwie, że zamiast dochodzić prawdy chodzi tylko o to, żeby dobrze kręcić. Nie chciałam kręcić.
- Ale to naprawdę byłam ja...
- No dobrze, i tak wiadomo, że to pani, bo taksówka była zamówiona na ten adres. A teraz musimy się naradzić.
Zamknęły się w pokoju. Słyszałam, jak mówiły, że za coś takiego zamyka się na modły i pokutę w klasztorze. Zaczęłam panikować - jak to w klasztorze? ja do klasztoru?! ja wolę do więzienia! Mówiłam mamie, że trudno - i tak będę skazana, bo wiadomo, że to ja - może nie dadzą mi dużo, ale niech to będzie więzienie. Szkoda mi było tylko, że potem nigdy nie będę mogła pojechać do USA ani Japonii... Nie żałowałam tego, co zrobiłam - w sumie nikomu nic się nie stało, a ja musiałam jakoś wyładować gniew. Bałam się za to konsekwencji. Nie chciałam iść do więzienia. Bałam się, że wyślą mnie tam na długo. Czułam się, jak dziecko, które poważnie nabroiło w czasie miłej zabawy. Bliźniaczki mówiły, że trudno mi się będzie postarać o łagodny wyrok, bo opinia publiczna jest bardzo surowa, wszyscy są przeciwko mnie i sędzia będzie musiał się z tym liczyć.
W końcu zaczął się proces. W zasadzie to samo wygłoszenie wyroku. Sędzia, a dokładnie dwie panie sędzie (czy jak je nazwać) oczywiście mnie skazały i wydały wyrok. Nie był chyba, aż tak wysoki, 2 miesiace, a może 2 lata... Ale zaczęłam na nie krzyczeć, że za cięższe przestępstwa daje się wyroki w zawieszeniu! i w ogóle nie brały pod uwagę okoliczności łagodzących! bo ja akurat miałam atak depresji! i manii! i myślałam, że to sen! Na to sędzia wyciągnęła jakiś tam kodeks, pokazała jakieś paragrafy i kazała się zamknąć, bo gdyby chciała, to by mi zasądziła jeszcze większy wyrok. No to się zamknęłam. Dostałam wyrok wydrukowany na jakimś świstku i wyszłam na korytarz. Było tam pełno ludzi. Ciągle nie wiedziałam, czy dostałam więzienie czy klasztor. Nakrzyczałam bez powodu na Andrzeja. Wkurzył się na mnie, że się tak awanturuję. No co, kurrrrr.... nerwowy dzień w końcu miałam! Potem pokazałam wyrok Ani. Miał oznaczenie W132, które miało wszystko wyjaśniać, ale zanim Ania się temu przyjrzała obudziłam się. Z ulgą.

17 marca 2006

Jak wiosna nie chce przyjść do Mahometa...

... to Mahomet se zrobił wiosnę na blogu.

A tak swoją drogą, to słyszałam plotki, że Kaczyński w tym roku odwołał wiosnę...

Snuja by night 17 - Miejscami bajka staropolska...


Początek jest trochę niewyraźny... Skądś, przed kimś uciekałam. To było na jakimś wgórzu, uciekałam chyba z jakiegoś zamku, albo miasta na granicy Niemiec z Francją. Ktoś biegł za mną, ale mnie nie gonił, zaczęliśmy uciekać razem. Były dwie drogi, jedna w lewo, prowadziła w dół wzgórza, a potem skręcała jeszcze raz w lewo i ciągnęła się u jego stóp, druga w prawo, w górę. On chciał uciekać w dół, ja w górę. Tłumaczyłam mu, że kiedy zejdziemy na dół, będziemy cały czas widoczni przez tych, którzy nas gonią. Zauważyliśmy drogę, która prowadziła prosto przez las i tam poszliśmy. Powiedział, że trzeba się spieszyć, bo niedługo zaczną latać chrabąszcze. Oj, tego chciałam uniknąć. Pobiegliśmy drogą i w końcu znależliśmy się u stóp wzgórza. Dalej były pola. Na granicy pól i lasu droga ciągnęła się dalej. Poszliśmy. Przy polnym rowie coś się poruszyło w krzakach. Na drogę pochyliła się gałąź paproci. Zrozumieliśmy. Właśnie zaczął kwitnąć kwiat paproci! Trzeba było się pospieszyć i wypowiedzieć nad otwartym kwiatem życzenie (ah ja, wychowana na ruskich bajkach... a może ta była staropolska... w każdym razie w bajce chyba było trochę inaczej), zanim dobiegliśmy, na naszych oczach kwiat otworzył się i natychmiast przekwitł. Obok zauważyliśmy drugą rozkwitającą paproć, pojawiła sie jakaś trzecia osoba, która się z nami szarpała, ale udało mi się dopaść kwiatka i pomyśleć nad nim życzenie. Czego sobie życzą w bajkach? Ano garnka złota! Po złożeniu obowiązkowego życzenia posiadania garnka złota ruszyliśmy dalej swoją drogą. Chyba w trójkę, chociaż mam wrażenie, że nawet w czwórkę.

Zaczęło się sciemniać (ciągle miałam w pamięci chrabąszcze, więc marzyło mi się dotrzeć do jakichś zabudowań na nocleg). Na horyzoncie zobaczyliśmy jakąś wioskę. Kiedy do niej dotarliśmy zobaczyliśmy wielki, gotycki kościół. Cały korpus był obudowany ciemnym szkłem - jak biurowiec, tylko od zachodu wieża i portal były odsłonięte. Szkło nie było do końca lustrzane, więc było trochę widać, co jest pod spodem. Skojarzyłam sobie, że TAAAK, jest takie polskie miasteczko ****** (pojęcia nie mam, co powiedziałam), w którym jest taki kościół. W przekonaniu umocnił mnie widok ruin romańskiego kościoła, które zobaczyliśmy dalej (tak na prawde te ruiny pamiętam z innego, starego snu!). Szliśmy przez wioskę szukając miejsca, gdzie możnaby zapytać o nocleg. Po drodze minęliśmy pocztę. A więc myliłam się - na tabliczce przeczytaliśmy, że to wcale nie ******, a Półtusk. Pomyslałam sobie - ale numer - miejsce, gdzie znajduje się jedna z najlepszych humanistycznych uczelni w Polsce to kryta strzechą wioska rodem z XIX w. Zapukaliśmy do jakichś drzwi. Otworzył nam zakonnik. Okazało się, że wszystko wokół nas to różne zabudowania klaszorne. Bardzo chętnie nas przyjął. Powiedział do mnie niezbyt wyraźnie:
- Rzeczy możecie zostawić w farze.
- Słucham?? - zapytałam. Fara to miejski kościół, zazwyczaj przy rynku, trudno tam było o taki. Nie byłam pewna czy dobrze zrozumiałam.
- Rzeczy możecie zostawić w farze. - wymamrotał
- Jeszcze raz....
- RZECZY MOŻECIE ZOSTAWIĆ NA MOIM FORUM. - powiedział wreszcze wyraźnie.
Dużo to nie wyjaśniło... Ale okazało się, że faktycznie, dalej było przejście na podwórze w stylu miniaturowego rzymskiego forum. Stał tam już nasz koń z wozem (!), którym, jak powiedzieli, przyjechaliśmy. Jakaś kobieta pracująca w klasztorze miała nas zaprowadzić tam, gdzie mieliśmy spać. Obawiałam się, że każe nam spać na romańskich ruinach - było oczywiste, że tam kręcą się w nocy upiory! Jednak mieliśmy spać gdzieś indziej. Na razie zaproszono nas na obiad (jakoś już nie był wieczór, a środek dnia). Potem kobieta zaproponowała mi, że oprowadzi mnie po ruinach. Ruiny były zalane wodą. Założyłysmy maski tlenowe i pływałyśmy ogladając kamienie. Patrzyłam na to z zewnątrz. Widziałam siebie, jak płynąc tuż przy dnie odpycham się ręką od kupki gruzu. Potrąciłam w ten sposób jakiś kamień, który spadł z innego. Na tym innym wyryty był znak krzyża, który, kiedy tylko został odkryty, zaczął świecić niebiesko-zielonym światłem.

Nagle ziemia zaczęła się trząść, ruiny sypały się, przez środek pojawiło się pęknięcie, które zaczęło się poszerzać. Do wnętrza wpadały kamienie. Ze środka ziemi zaczęła wysuwać się jakaś maszyneria, widziałam wielkie koła zębate. Wypuściłam średniowieczne demony uwięzione w ruinach...

1 marca 2006

Snuja by night 16 - Mój proces...

Coś tam się działo, po coś łaziłam po Luwrze. Nagle zostałam zatrzymana. Okazało się, że byłam podejrzana o udział w jakiejś kradzieży dzieł sztuki. Postawiono mnie przed sądem. Wszystko szło dobrze, adwokat tłumaczył, że nic złego nie zrobiłam, wszystko było takie logiczne i oczywiste. W końcu sędzia wydał wyrok. Kara śmierci.

Dziewczyny, kończcie szybko te studia, potrzebuję dobrych adwokatów...