18 czerwca 2006

W śmierci najbardziej smutne jest uświadomienie sobie nie samego odejścia a jego nieodwracalności. Żyje się dalej i na początku nawet nie wierzy, ale w końcu ta świadomość uderza. A potem znowu przestaje się wierzyć.

9 czerwca 2006

Snuja by night 22 - O tym, jak ciężko jest być Paris Hilton...

Moi rodzice byli właścicielami jakiegoś luksusowego hotelu w Warszawie. Mama inwestowała w akcje różnych firm, a ostatnio sprzedała je i zainwestowala w hotele. Troche to jak w Monopolu...

Trwała akurat powódź. Stan wody był wyjątkowo wysoki i miał jeszcze wzrosnąć. Podejrzewaliśmy, że zaleje przynajmniej dwa piętra hotelu. Trzeba było się spieszyć, bo woda za szklanymi głównymi drzwiami była już wysoka na metr i w każdej chwili drzwi mogły puścić. Biegaliśmy razem z całym personelem i staraliśmy się uratować chociaż część sprzętów przenosząc je na wyższe piętra. Przez powódź nie było prądu i nie można było nawet używać wind - łaziliśmy po bocznych schodach w te i we wte z krzesłami i innymi rzeczami. Byłam kompletnie spocona i w ogóle wykończona.

W hallu stała meblościanka mojej babci. Starałam się zebrać z niej wszystkie drobiazgi babci. Moi rodzice też tam się kręcili i zbierali różne rzeczy. Zauważyłam, że z premedytacją omijają te rzeczy, które babcia wiecznie nam wciska, a których nie chcemy: śliczne ciuchy z lumpeksu, ściereczki, cieplutkie futrzane kołnieżyki itp.

W końcu drzwi puściły. Woda zalała tylko parter. Pytałam, czy wiadomo jak wysoko woda ma się jeszcze podnieść, ale nikt nie wiedział. Mama stwierdziła, że skoro już i tak nie uratujemy nic więcej z parteru, to nic tu po mnie i lepiej żebym zajęła się pisaniem magisterki. Ponieważ już od jakichś 630 dni odczuwam galopujące wyrzuty sumienia z powodu mojego lenistwa, przytaknęłam cichutko i posłusznie poszłam pisać pracę. Ale to wcale nie takie proste! Bo mieszkałam w penthousie, jak już pisałam windy nie działały, a budynek miał ze 40 pięter. Przez reszte snu wspinałam się z wywieszonym językiem na najwyższe piętro hotelu moich rodziców...

8 czerwca 2006

Snuja by night 21 - O krwawych walkach w Ameryce Południowej...



Chciałam pokazać mojej mamie teleskop w Arecibo w google maps. Nie wiedziec czemy szukałam go w Wenezueli zamiast w Portoryko. Pewno dlatego nie znalazlam. Zjeżdżałam coraz niżej i niżej na dużym powiększeniu i nie mogłam znaleźć talerza. Wszystko było na żywo - widziałam dżunglę, miasta w których ludzie pracowali, spacerowali, rozmawiali. Przesuwałam się dalej na południe. Nagle najechałam na teren, który zalewała powódź. Z zachodu płynęły ogromne potoki wody zmieszanej z krwią, ludzie uciekali, topili się, krzyczeli. Przesunęłam kamerę w prawo, żeby zobaczyć skąd ten potop. Nagle pojawiy się kłęby dymu. Zmniejszyłam powiększenie, bo w tej skali zupełnie nie było widać, co się dzieje. Zobaczyłam, że cała północno-zachodnia część Ameryki płonie, a wiatr znosi gigantyczne kłęby dymu na południe. Pożar starano się ugasić ogromną ilością wody - stąd potop po wschodniej stronie. Zbliżyłam kamerę do jednego z zalanych miast. Było puste - ludzie gdzieś się pochowali. Patrzyłam na opuszczone targowisko. W kałużach widać było sączące się strużki krwi. Mogłam zrobić tak duże powiększenie, że widziałam dokładnie skrzynki z owocami zanurzone w wodzie. Zbliżyłam się tak bardzo, że znalazłam się tam. Tu i ówdzie przebiegali ludzie. Potop już się skończył, pożar był ugaszony, ale ciągle groziło nam jakieś niebezpieczeństwo. Trzeba było uciekać do jakiegoś zrujnowanego budynku.

Weszłam do środka z innymi. Wszyscy zaczęli krzyczeć. Miało się stać coś strasznego. Zobaczyłam przez stłuczone szyby jasne światło. Po chwili nadszedł ogłuszający, dziwny hałas. Zrzucono bombę atomową. Skuliliśmy się i czekaliśmy aż wszystko się uspokoi. Dziwiłam się, skąd bomba? Przecież tu był pożar, a nie wojna. Ktoś mi wytłymaczył, że jednak jest wojna domowa i większość zniszczeń jest właśnie z tego powodu. Mieliśmy zejść do podziemia po jakichś zdezelowanych metalowych schodach. Ludzie napierali z tyłu, konstrukcja schodów groziła zawaleniem. Krzyczałam, żeby się uspokoić i wchodzić po kolei ale tłum napierał coraz bardziej. Nie mogłam się już wycofać, więc postanowiłam biec przodem. Zbiegałam po rozchwianych stopniach i platformach mając nadzieję, że to wszystko na mnie za moment nie runie. Zeskakiwałam z platformy na platformę. Nagle, kiedy byłam już prawie na samym dole z ciemności na dnie wyskoczyła na mnie lwica. W ostatniej chwili wspięłam się wyżej. Zauważyłam drzwi. Za drzwiami było coś w stylu zrujnowanego muzeum - duże sale w amfiladowym układzie. Byli tam jacyś ludzie. Weszłam tam z grupką tych, którzy szli ze mną. Rozmawiałam z przywódcą ludzi z sali - okazało się, że zajeli jedną z nich i tam bronią się przed dzikimi bestiami, które ich atakują. Zostaliśmy z nimi. Zauważyłam, że jestem bosa. W sali, w której się gnieździła nowa grupa było pełno butów - pozostałości po tych, którzy zginęli - wybrałam sobie parę trampek. Nagle ktoś pilnujący w sali obok wszczął alarm - pojawił się jaguar. Wołałam go, żeby przybiegł, żebyśmy mogli się zamknąć. Ale on szedł berdzo wolno, a kiedy już był pod drzwiami nie wiadomo po co zawrócił. No i jaguar go dopadł. Nie było już na co czekać. Zatrzasnęłam drzwi i trzymałam klamkę. Po rozszarpaniu strażnika jaguar zaczął się rzucać na drzwi. Okazało się, że to zwykłe blokowe drzwi z wielką szybą - kot rozbił ją i wpadł do środka. Złapałam jakiś kij i starałam się go przebić w końcu udało mi się go pociąć odłamkami szyby. Po walce okazało się, że mam w ustach pełno odłamków szkła, a jeden całkiem duży wbity w podniebienie. Ktoś pomógł mi je wyciągnąć.

Kiedy już było po wszystkim postanowiliśmy się lepiej przygotować w razie następnego ataku. Zaczęliśmy ostrzyć kije na dzidy. Każdy kij, który starałam się naostrzyć miał miękką, wyginającą się i rozłażącą końcówkę, za każdym razem okazywało się, że to wielki pędzel. W końcu dałam za wygraną i zamiast ostrzyć mocowałam na kijach za pomocą szmat odłamki potłuczonej szyby. Rozdałam oszczepy i przedstawiłam przywódcy drugiej grupy plan - jako pogromca jaguara byłam największym wojownikiem, więc przygotowywałam sposób obrony :). Wiadomo było, że nastąpnym razem przyjdą całym stadem. Trzeba było się spieszyć. W krótce przyszły, a raczej przyszli, bo byli ludźmi-bestiami-dzikimi-kotami. Wyglądali jak zwyczajni ludzie, to była raczej tylko świadomość, że są dzikimi kotami. Wśród nich była królowa-jaguarzyca, którą miałam zaatakować z ukrycia - potem walka miała już być łatwiejsza. Królowa zapytała, gdzie jest zabójca jaguara, z którym ma walczyć. Jakaś debilna laska zawołała zadowolona z siebie: TU! Tu!

Cały plan wziął w łeb. Zaczęła się chaotyczna, krwawa bitwa! W międzyczasie udało mi się zamordować królową! Nagle przeciwnicy wycofali się. Po prostu uciekli. Opatrywaliśmy rany i omawialiśmy bitwę, kiedy przyszedł jaguar-poseł. Powiedział, że ponieważ uzyskaliśmy w bitwie przewagę, jaguary odstępują nam dwie sale obok naszej. I poszedł. Ludzie zaczęli się cieszyć i rozbiegli się bez sensu. Zrozumiałam, że jaguary prowadzą z nami jakąś dziwną grę, że tym bardziej trzeba się zorganizować, pilnować przejść, bo na pewno wrócą. To była jakby gigantyczna gra w szachy, gdzie każda sala była polem, każda bitwa jednym ruchem. Starałam się zwołać ludzi, zorganizować straże, lepszą broń. Weszłam na jakiś stół i starałam się przekrzyczeć tłum.Bezradnie spojrzałam na kogoś stojącego obok.

- Oni nie chcą już cię słuchać.

2 czerwca 2006

Snuja by night 20

Tak smutno dziś było. Tunia, tak jak Tupot - wskoczyła na poręcz balkonu, ale że nie miała kocich łapek tylko psie, spadła i połamała sobie kręgosłup. Ciągle za nią tęsknię.