30 września 2006

Ciekawostka historyczno-popkulturalna

W czasie któregoś tegorocznego pobytu w Paryżu Oyciec kupił u bukinisty kartkę pocztową z Mona Lisą. Mona Lisy były wtedy na fali ze względu na Kod Leonarda da Vinci. Ta pocztówka akurat warta jest swoich 13 €. Jest z 1913 r., czyli właśnie z tego, w którym Mona stała się taka sławna ponieważ odnaleziono ją po kradzieży w 1911.
Niejaki Pan J.David wysłał ją z Grenoble z życzeniami noworocznymi dla swoich przyjaciół opatrzoną następującym komentarzem:

Co można przełożyć mniej więcej tak:

Kochani Przyjaciele!

W końcu odnaleziono ukazaną tutaj biedną Giocondę, ale w jakim stanie, niestety!
Morał: nie należy nigdy ufać kobietom, nawet tym na starych obrazach.
Ale przynajmniej sobie popodróżowała...

(albo coś w tym stylu, potem są życzenia noworoczne, pozdrowienia od żony itd, itp.)

Jak widać, sława Dżiokondy już wtedy niewiele różniła się od dzisiejszej sławy Paris Hilton. Stała się znana, bo brała udział w skandalu i dużo się o niej mówiło. U nas sławie Paris i Lisy mógł, co najwyżej, dorównać swego czasu pewien guziec.

P.S. mężczyzna w lewym górnym rogu to Vincenzo Peruggia - facet, który ukradł obraz

20 września 2006

się tam miś nie widzi?!?

Miś jak w mordę!

Snuja in the morning...

Właśnie miałam badanie krwi. Typowe - okresowe. Przy okazji na waciku wyszedł mi MIŚ NA PATYKU:



ciekawe czy Andrzej wstawi na swojego bloga drzewko, które mu wyszło?...
ZAŁÓŻĘ SIĘ, ŻE NIE

19 września 2006

O, jeszcze jedno...

się uchowało...

Znów kobieta od biustu, co naciąga oczy:



Snuja się cieszy...

I to wcale nie sen. :)
Spędziłam bardzo miły wieczór, obfitujący w alkohol, pyszne ciasto i ciekawe nowości. Z niewielu zdjęć, które z zrobiłam, w miarę nieporuszone (bo byłam przez ten wieczór bardzo poruszona!) ostało się tylko jedno i tu je zaprezentuję.

Oto kobieta (jest śliczna - każdy przyzna) nad pustym kieliszkiem naciągająca psu biustem powiekę:



7 września 2006

Snuja by night 26 - O płukaniu złotych rybek...



Dostałam złote rybki. Było ich kilka, cztery albo pięć, każda w oddzielnym foliowym woreczku. Miałam je wypuścić do kuli-akwarium, ale woda była jakoś nieprzygotowana i mama poradziła mi, żebym na razie wsadziła je tam w woreczkach. Nie chciałam, żeby dobrał się do nich kot, więc kulę postawiłam na najwyższej szafie.

Potem śniłam o różnych rzeczach i zapomniałam o rybkach. Kiedy mi się przypomniały woda w kuli i w woreczkach była już co nieco przymętniała, a rybki ledwo żywe (nie znaczy to jednak, że pływały do góry brzuchami - o nie - miały nieprzytomne spojrzenie spod półprzymkniętych powiek i z rzadka poruszały wydętymi z niedotlenienia wargami). Natychmiast pobiegłam do kuchni - woreczki wyjęłam, a wodę z kuli wylałam i zmieniłam na świeżą, zimną. Woreczki po kolei rozrywałam i opłukiwałam każdą rybkę z osadu, szczególnie dokładnie płukałam pyszczki, żeby do skrzeli dostało się jak najwięcej wody, a potem wrzucałam spowrotem do kuli.

Dziwię się, że nie wpadłam na pomysł, żeby oskrobać je z kory i rozbić im młotkiem końcówki, bo potraktowałam je w sumie tak, jak traktuje się przywiędłe kwiatki.


PS. A poza tym śniło mi się, że Jarosław rzucił klątwę na Lecha, a że to jego bliźniak, to zadziałało i na samego Jarka, i odtąd Jarek przynosił pecha (m.in. przez niego kogoś na Rubinkowie przejechał samochód).